Jeszcze niedawno Chelsea można było nie lubić za mało atrakcyjny styl gry, bądź za arogancję Jose Mourinho. Teraz jednak, pod okiem Felipe Scolariego, to całkiem nowa drużyna, która zdemolowała na wyjeździe Middlesbrough i jest na dobrej drodze do końcowego triumfu. Ale Arsenal i Liverpool także, choć z problemami, wygrały swoje spotkania.
Bo czy ktoś pamięta, czy Chelsea kiedykolwiek wygrała tak wysoko na wyjeździe? Tym bardziej grając na wpół rezerwowym składem? Teraz są na pierwszym miejscu w tabeli, z najlepszym bilansem bramkowym w lidze.
Z Middlesbrough „The Blues” zagrali koncertowo. Dwie bramki zdobył Salomon Kalou, do tego dorobku dołożył jeszcze asystę. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej dawno nie był w tak wysokiej dyspozycji. Prawdziwą wisienką na torcie było jednak uderzenie Julio Belettiego w 52. minucie spotkania. Ten gol śmiało może kandydować do bramki sezonu. Goście mogli wygrać jeszcze wyżej, ale okazje marnowali kolejno Malouda, Anelka i Frank Lampard.
Sporo strachu kibicom napędzili piłkarze Arsenalu, szczególnie biorąc pod uwagę ich ostatnie wahania formy. „Kanonierzy” do przerwy przed własną publicznością przegrywali z Evertonem, czyli drużyną z drugiego końca tabeli. Działo się to po bramce Leona Osmana z 9. minuty gry. To trafienie było bardzo ważne dla przebiegu całego spotkania, bowiem już do końca oglądaliśmy dobre i szybkie spotkanie.
W przerwie od razu na wynik zareagował Arsene Wenger, za obrońcę Kolo Toure wpuszczając Theo Walcotta, który kolejny raz rozpoczął na ławce rezerwowych. Jednak to nie on, a Samir Nasri wyrównał w 48. minucie,, świetnie uderzając z 20 metrów. Z biegiem czasu przewaga Arsenalu była coraz widoczniejsza, ale napastnicy raz po raz marnowali świetne okazje do wyjścia na prowadzenie. W końcu świetną dwójkową akcję przeprowadził Fabregas z Adebayorem, ale i popularnie zwany „Ade” strzelił prosto w bramkarza. Na szczęście na posterunku był Robin van Persie, który wbił piłkę do pustej bramki. Gości dobił jeszcze wcześniej wspomniany Walcott, który w doliczonym czasie gry wykorzystał podanie rekonwalescenta Diaby’ego.
Thriller „The Reds”
Problemy, nie dość że spore, to jeszcze po raz kolejny, miał także Liverpool w potyczce z Wigan. A właściwie z samym Amim Zakim, który wyrasta na wielkie odkrycie i gwiazdę całej Premiership. To po jego dwóch golach gospodarze sensacyjnie przegrywali na Anfield Road aż do 80. minuty Jednak nawet świetna forma dobrze zbudowanego Egipcjanina „Latics” nie pomogła w odniesieniu triumfu. Dziesięć minut przed końcem wyrównał krytykowany za ostatnie występy Albert Riera, a zwycięskiego gola pięć minut później zdobył Dirk Kuyt. Był to świetny występ Holendra, strzelił dwie bramki, miał nawet szansę na hat-tricka, ale trafił w poprzeczkę.
Dzięki tej wymęczonej wygranej piłkarze Rafy Beniteza nadal dotrzymują kroku Chelsea. Aż dziw pomyśleć, że to prawda, widząc w jakiej formie są ostatnio „The Reds”.
Na całej linii zawiódł mecz Aston Villi z Portsmouth, co miało być małym hitem kolejki. Bezbramkowy remis to na pewno nie to, czego wszyscy oczekiwali, ale trzeba powiedzieć, że był to wynik bardzo sprawiedliwy. Obie drużyny miały swoje okazje, Armand Traore trafił w słupek, a John Carew w poprzeczkę, i to w doliczonym czasie gry. Wcześniej z boiska za dwa żółte kartoniki wyleciał Sean Davies.










