Dwa tygodnie bez Premier League to wystarczająco długi okres, żeby stęsknić się za tą ligą. Dobrze, że już dzisiaj piłkarze wracają na murawy, by powalczyć o punkty w 8. kolejce.
Jej początek nastąpi już dzisiaj o 13:45 na St James’ Park, gdzie Newcastle zmierzy się z Liverpoolem. Goście naprawdę świetnie zaczęli sezon i po siedmiu kolejkach zajmują drugie miejsce, ale mają tyle samo punktów co liderujący Arsenal. Już bez Luisa Suareza radzili sobie bardzo dobrze, a jego powrót tylko wzmocnił siłę rażenia. Urugwajczyk zdążył strzelić już trzy gole w dwóch meczach. Atak Suarez – Sturridge wydaje się jednym z mocniejszych, jeśli nie najmocniejszym w całej lidze, a już na pewno na tyle mocny, żeby rozmontować słabo spisującą się w tym sezonie defensywę Newcastle. Na pewno w zestawieniu linii obrony nie pomagają Alanowi Pardew kontuzje Colocciniego i Taylora. Brendan Rodgers za to nie może nadal korzystać z Coutinho, Coatesa i Aspasa. Ma ich jednak kim zastąpić i to goście są w tym starciu faworytem i na pewno marzy im się powtórzenie wyniku z kwietnia, gdy z Newcastle wygrali 6:0.

Dużo ciekawego będzie się działo o godzinie 16:00. Arsenal powinien bez problemu utrzymać pierwsze miejsce w tabeli, gra bowiem u siebie z Norwich. Zdarzało się, że „Kanarki” sprawiały dużo silniejszemu rywalowi problemy, ale chyba tym razem zagrożenie z ich strony nie grozi podopiecznym Wengera. Norwich zajmuje bowiem trzecie od końca miejsce w tabeli, więc nie zanosi się tutaj na wyrównane spotkanie. Główny motor napędowy gospodarzy, Mesut Oezil, wydaje się nie wypadać z dobrego rytmu, co potwierdziła przerwa reprezentacyjna. Niemiec co prawda nie dotrwał na boisku do końca meczu ze Szwecją, ale wszystko powinno z nim być w porządku. Powrót Cazorli tylko wzmocni już i tak świetną ofensywę gospodarzy, zatem Oliver Giroud ma się z czego cieszyć, bo za plecami ma naprawdę świetnych kolegów. Nic, tylko strzelać! Siła rażenia Arsenalu jest imponująca i to nawet mimo braku Podolskiego, Sanogo, Oxlade’a-Chamberlaina i Diaby’ego. Chris Hughton do Londynu nie wziął dwóch kontuzjowanych zawodników, czyli Bennetta i Pilkingtona.
O tej samej porze, ale kilkanaście kilometrów dalej, zmierzy się Chelsea (trzecia w tabeli) z Cardiff City. Zawodnicy z Walii na razie radzą sobie, jak na ich standardy, całkiem przyzwoicie. Zajmują 14. miejsce i pewnie taka lokata na koniec sezonu by ich usatysfakcjonowała. Mają na koncie jedną niespodziankę w postaci zwycięstwa nad Manchesterem City, początek sezonu także na pewno mogą zaliczyć do udanych. Chociaż raczej w Londynie będzie im trudno zdobyć jakieś punkty. Chelsea, choć miała już w tym sezonie lekki regres formy, to jednak wygrywa wszystko w swoje lidze. Oczywiście to dopiero początek sezonu i na razie uzbierały się trzy wygrane, ale nie wygląda na to, by to akurat Cardiff miało zatrzymać tę passę. Jose Mourinho musi sobie poradzić bez kilku zawodników, bo kontuzjowani są Ashley Cole, Andre Schuerrle (strzelił w Szwecji hat-tricka, ale okupił go urazem) oraz Marco van Ginkel. Innym problemem jest fakt, że Oscar, David Luiz oraz Ramires polecieli z reprezentacją do Korei i Chin, co może powodować zmęczenie. Portugalczyk ma jednak tak szeroką kadrę, wzmocnioną jeszcze powrotem do gry Torresa, że chyba nie musi się zbytnio martwić. Zupełnie zdrowy jest też Hazard, co jeszcze bardziej wzmacnia siłę ataku. Malky Mackay, choć oczywiście nie ma aż takiego komfortu wyboru, to może za to korzystać z usług wszystkich oprócz niezdolnego dzisiaj do gry Andreasa Corneliusa.











