Nie da się nie odnieść wrażenia, że w polskiej lidze brakuje drużyn, które regularnie grałyby przyjemny dla oka futbol. Zresztą nie ma się co dziwić, gdyż takowa gra wymaga czasu i cierpliwości, a tego brakuje prezesom polskich klubów, którzy oczekują, by ich zespoły przede wszystkim regularnie punktowały. Jednakże w obecnym sezonie są drużyny, którym najprawdopodobniej zależy w pierwszej kolejności na ładnej, widowiskowej grze. Mimo tego, że nie zawsze przynosi ona zdobycz punktową… Czy pragmatyzm ligowy może być receptą na zdobywanie kolejnych „oczek”?
Takimi drużynami są oczywiście tegoroczni beniaminkowie, którzy od początku sezonu wydają się mieć podobny problem. Obu ekipom zdarza się przegrywać mecze, w których tak naprawdę przez większość czasu były lepsze i nie da się nie zauważyć, że brakuje im czystego pragmatyzmu. Efektem dość przyjemnej gry i chęci zdominowania rywali jest 13. miejsce beniaminka spod Jasnej Góry i ostatnia lokata łodzian.
Pragmatyzm ligowy
Niestety obaj beniaminkowie zapominają o tym, co jest kluczowe w polskiej piłce na najwyższym poziomie, czyli o defensywie. Bowiem kluczem do osiągnięcia sukcesu w polskiej ektraklasie jest przede wszystkim gra w obronie. Najlepszym tego przykładem może być postawa Lechii Gdańsk z zeszłego sezonu. Podopieczni Piotra Stokowca po zdobyciu bramki mieli w zwyczaju po prostu bronić korzystnego rezultatu. Coś, co między innymi Rakowowi w tym sezonie, a przynajmniej w dwóch ostatnich kolejkach po prostu się nie udawało.
Przed tygodniem w meczu otwierającym dziewiątą serię gier na ligowych boiskach podopieczni Marka Papszuna pojechali do Gliwic, gdzie zmierzyli się z tamtejszym mistrzem Polski. Piłkarze spod Jasnej Góry mogli się przekonać, że nie taki mistrz straszny, jak go malują, gdyż przez większość czasu to beniaminek kontrolował przebieg spotkania. Odkąd Brown Forbes zdobył swoją czwartą bramkę w tym sezonie, dając prowadzenie swojej ekipie, w ogóle już nie zanosiło się na to, by częstochowianie wyjechali z Gliwic na tarczy. Niestety w ostatnich kilkunastu minutach stracili dwa gole i musieli uznać wyższość swoich rywali. O meczu z Piastem można przeczytać, klikając TUTAJ.
Oczywiście pojedynek ten był dla rakowian niezwykle pechowy. Jednakże skądś ten pech musiał się wziąć, tym bardziej że tydzień później w domowym meczu z Wisłą Płock podopieczni Marka Papszuna również roztrwonili jednobramkowe prowadzenie, doprowadzając do siódmej w tym sezonie porażki. Warto tutaj dodać, że znowu drugą bramkę stracili w ostatnich minutach, a w zasadzie w ostatniej akcji meczu.











