Istnieją takie zdarzenia, o których ciężko napisać coś jednocześnie mądrego, obiektywnego i sprawiedliwego. Czasami rozpatrywanie kolejnych aspektów w danej sprawie zamiast wszystko rozjaśniać, jeszcze bardziej komplikuje.
Na bojkot finału Pucharu Polski trzeba spojrzeć wielowymiarowo, a i tak ciężko zająć jednoznaczne stanowisko. Sam nad tą sprawą zastanawiam się od kilku(nastu) dni i zbieram głosy z różnych stron. Wniosek nasuwa mi się jeden: całość jest wynikiem mnóstwa nieporozumień, niedopowiedzeń i braku odpowiedzialności. Ktoś rzucił mały kamyczek, który zaowocował obserwowaną przez nas właśnie lawiną. Finał krajowego pucharu, z założenia będący wielkim świętem, po raz pierwszy rozegrany na Stadionie Narodowym okazać się może kompletnym niewypałem. Wcale tak stać się jednak nie musi, ale o tym za chwilę.

Od czego wszystko się zaczęło? Tym, którzy sprawy nie znają, pokrótce postaram się wyjaśnić. Gdy Zawiszę przejął Radosław Osuch, wprowadził ją do ekstraklasy i zbudował silną ekipę, wydawało się, że wszystko zmierza ku dobremu. Nie licząc kilku spięć, jak podczas spotkania z Pogonią, kiedy kibice przez niemal cały mecz milczeli, ponieważ nie pozwolono im wnieść oprawy, kontakty na linii fani-Osuch niczym szczególnym się nie wyróżniały. Relacje błyskawicznie zaczęły pogarszać się po meczu z Widzewem Łódź, znienawidzonym przez kibiców ŁKS-u, zaprzyjaźnionych z fanami Zawiszy. W tamtym momencie zawinili wszyscy: od kibiców, którzy nie powinni swoim zachowaniem stwarzać możliwości zaistnienia niebezpiecznej sytuacji (próbę masowego wyjścia ze stadionu uważam za powód do niepokoju dla służb porządkowych), przez klub, który nie chciał wpuścić kibiców ŁKS (mimo że wcześniej to obiecał), po policję, która zamiast zapewnić bezpieczeństwo i skupić się na odseparowywaniu kibiców Widzewa, zaczęła strzelać w tłum (przypominam, że jeden z kibiców stracił oko).
I rozpętało się piekło. Radosław Osuch postanowił pójść na wojnę z kibicami, popierając działania policji. Spokojnie mógł się odciąć od konfliktu, nie popierając żadnej ze stron. Jest na tyle inteligentnym człowiekiem, że zdecydowanie dałby radę wmówić wszystkim, że nie jest w stanie nic poradzić na negatywne emocje pomiędzy kibicami a policją. Tak jednak nie zrobił. Zajął stanowisko, którego kibice nie mogli przyjąć. Tym bardziej, że zarówno w słowach Osucha jak i w tłumaczeniach bydgoskiej policji znaleziono sporo niedomówień i zwyczajnych kłamstw. Potem były wzajemne oskarżenia, znikający monitoring, walka o gastronomię na stadionie, fałszywe oskarżenia ze strony klubu, wyzwiska i protesty ultrasów. Teraz jesteśmy świadkami apogeum: kibice bojkotują największy sukces w historii klubu – finał Pucharu Polski.












