Pewne spadku do Championship, Portsmouth w swoim ostatnim meczu domowym tego sezonu pokonało po świetnym spotkaniu Wolves. Everton, remisując na wyjeździe ze Stoke City, stracił resztki nadziei na kwalifikację do Ligi Europejskiej.
Fratton Park było w sobotę pełne kibiców „Pompey”. Przyszli godnie pożegnać się z Premier League. Podobną potrzebę czuli najwidoczniej ich piłkarze i Avram Grant, który wystawił aż czterech graczy w linii ataku: Dindane, Piquionne, Prince Boateng i Utaka.
Ten ryzykowny pomysł się opłacił, bo po dośrodkowaniu Browna, wynik już w 20. minucie otworzył Dindane. Goście, już pewni utrzymania, nie złożyli broni i wyrównali kwadrans później, po strzale Zubara, dobitym przez Doyle’a.
Motywację Portsmouth potwierdził już w 39. minucie Utaka, który strzałem z dystansu odzyskał prowadzenie dla swojego zespołu. Wolves po tym ciosie już się nie podniosło, a słabo stojące na nogach „Wilki” dobił jeszcze po przerwie Brown. Mecz rozgrywany był w szybko i mógł się podobać. Portsmouth udowodniło, że w przyszłym sezonie Premiership na pewno za nimi zatęskni.
Na Britannia Stadium z kolei Everton udowodnił Lidze Europejskiej, że nie powinna rozpaczać z powodu braku w jej przyszłorocznej edycji klubu z Goodison Park. Klub Davida Moyesa zaledwie zremisował bezbramkowo ze Stoke City.
Goście, co prawda, byli zespołem lepszym, ale swojej przewagi nie potrafili udokumentować bramkami, tzn. strzałami uznanymi przez sędziego, bo futbolówka rzeczywiście raz wpadła do siatki. W 72. minucie wydawało się, że strzał głową Phila Jagielki da Evertonowi trzy punkty, ale arbiter odgwizdał spalonego.
Stoke też miało swoje okazje, ale najlepszą z nich, z niewiadomych przyczyn, zmarnował Rory Delap. Ich trener, Tony Pulis, będzie mimo to zadowolony, że tym razem jego klubowi udało się zagrać na zero z tyłu – jak pamiętamy, tydzień temu Stoke przegrało na wyjeździe 7:0 z Chelsea. Więc to poprawa.










