W cieniu prawdziwego pogromu na Stamford Bridge rozegrane zostały inne spotkania 28. kolejki Premiership. W nich beniaminek z Birmingham odnotował kolejne zwycięstwo, które pozwoli mu na dłużej utrzymać się w górnej połowie tabeli. Trzy punkty zgarnęła także najgorsza drużyna ligi – Portsmouth.
Jeżeli ekipa Avrama Granta jeszcze marzy o tym, żeby utrzymać się w najwyższej klasie rozgrywkowej, to jest to najwyższa pora, aby się podnieść i zacząć wygrywać kolejne spotkania. Dzisiejszym przeciwnikiem był bezpośredni rywal w tabeli, beniaminek z Burnley, który wygrał zaledwie dwa z ostatnich dziesięciu spotkań. Dlatego też inicjatywa od początku spotkania należała do gospodarzy, czego efektem była bramka niezawodnego, jak na tą drużynę, Friderica Piquionne’a. „Pompey” cieszyli się korzystnym wynikiem tylko przez pięć minut, ponieważ wtedy padło wyrównanie za sprawą Patersona. Dodając do tego jeszcze kontuzję rewelacyjnego debiutanta w drużynie – Quincy’ego Owusu-Abeyie, zawodnicy z Portsmouth schodzili do szatni w prawdziwie minorowych nastrojach.
Druga połowa nie przyniosła zbyt wielu fajerwerków, a o przydziale punktowym zadecydował rzut karny wykorzystany przez Hassana Yebdę. Goście kończyli mecz w dziesiątkę, ponieważ w końcówce, w odstępstwie zaledwie pięciu minut, dwie żółte kartki, a w konsekwencji czerwoną, obejrzał Ricardo Rocha. Mimo zwycięstwa, Portsmouth nadal traci 14 punktów do bezpiecznej pozycji w tabeli, a do końca pozostało już tylko 33 możliwe do zdobycia oczka.
Birmingham idzie w górę
Dzisiejszy dzień nie jest smutny dla wszystkich fanów „The Blues”. O ile ci londyńscy będą mieć jeszcze długo w pamięci porażkę z Manchesterem City, o tyle ci z Birmingham znów mogą cieszyć się ze zwycięstwa swojej drużyny, która po pokonaniu Wolves awansowała już na ósmą lokatę w tabeli i coraz poważniej zaczyna myśleć o grze w Lidze Europejskiej w przyszłym sezonie.
Trzy punkty nie przyszły jednak łatwo, a jedyne i zwycięskie trafienie padło po celnie wyegzekwowanym rzucie karnym, którego wykonawcą był aktywny James McFadden. Z kolei jego vis a vis w drużynie gości, Hugo Rodallega wyrósł na prawdziwego antybohatera. Gdyby wykorzystał choć połowę ze swoich okazji strzeleckich, szczególnie w pierwszym kwadransie gry, to właśnie „Latics” wracaliby do Wigan z kompletem oczek. Piłkarze Roberto Martineza mają tylko punkt przewagi nad strefą spadkową i muszą odmienić swój los, nie wygrali bowiem w lidze od 10 stycznia, kiedy to pokonali na wyjeździe Wolverhampton. W innym wypadku klub Tomasza Cywki i Artura Krysiaka będzie w przyszłym sezonie walczył już tylko w Championship.
Pojedynek o „sześć punktów” na własną korzyść rozstrzygnął Bolton, który nie bez problemów pokonał przed własną publicznością Wolves. Pierwsza połowa nie należała do najciekawszych, ale to właśnie w jej trakcie padł gol, gdy stoper Zat Knight w już doliczonym czasie gry zachował się niczym rasowy snajper, wykorzystując dogranie Koreańczyka Lee. Po zmianie stron gra nabrała tempa, tym bardziej, gdy Johan Elmander zwolnił miejsce na murawie Klasnicowi. Chorwat raz po raz nękał obronę gości, jednak jego strzały za każdym razem mijały bramkę. Na sam koniec dobrą okazję zmarnował jeszcze Matthew Taylor, który zmienił wypożyczonego z Arsenalu Jacka Wilshere’a. Zwycięstwo „Kłusaków” było więc jak najbardziej zasłużone.










