FC Porto w tym sezonie jest niepokonane. „Smoki” wygrały 12 z 14 rozegranych do tej pory spotkań, a w niedzielę bez problemu poradziły sobie z Pacos de Ferreira.
Od czasów Jose Mourinho FC Porto nie prezentowało tak fantastycznej formy. Andre Villas Boas już teraz porównywany jest do „The Special One” i tak jak w przypadku obecnego trenera Realu Madryt, wszyscy mają nadzieję, że Porto znów zatriumfuje w Lidze Mistrzów. Jednak zanim do tego dojdzie, podopieczni Boasa muszą zdobyć mistrzostwo Portugalii.
Wczoraj znacznie przybliżyli się do realizacji tego celu. Przed meczem z Pacos de Ferreira faworyt był tylko jeden i jak na faworyta przystało, Porto bez większych problemów strzeliło rywalowi trzy bramki.
Od pierwszego gwizdka goście wyraźnie atakowali. Już po paru minutach mogło być 1:0, jednak bardzo dobrze w bramce zachował się Dos Anjos. Odpieranie ataków lidera tabeli nie trwało długo. W 11. minucie do siatki trafił Otamendi. Wraz ze zdobyciem pierwszego gola przez drużynę FC Porto, tempo akcji rozgrywanych przez obie drużyny wyraźnie spadło. Pacos de Ferreira postawiło na defensywę, a „Smoki” bezskutecznie próbowały sforsować szczelną obronę.
Po zmianie stron niewiele się zmieniło. Obie drużyny starały się atakować, jednak brak skuteczności powodował, że na tablicy wyników widniało 1:0. Gdy kibice pogodzili się z jednobramkową wygraną Porto, ze snu obudzili się podopieczni Boasa. W 90. minucie do siatki trafił Hulk, a w doliczonym czasie gry na 3:0 podwyższył Walter da Silva.
Mimo zwycięstwo FC Porto, samo spotkanie rozczarowało. Kibice spodziewali się fantastycznego widowiska, a tymczasem dostali kiepskiej jakości spotkanie, w którym dominował brak dokładności i skuteczności.










