Polacy przegrali z Ukrainą 0:1 i nie pojadą na mistrzostwa świata do Brazylii. Mundial odbędzie się w Ameryce Południowej w przyszłym roku, a po spotkaniu z naszymi wschodnimi sąsiadami straciliśmy już nawet matematyczne szanse na awans.
Ten mecz miał być spotkaniem udanych come-backów. Powroty Mariusza Lewandowskiego i Grzegorza Wojtkowiaka powinny wspomóc naszą reprezentację doświadczeniem, które w kluczowych pojedynkach jest niezbędne. Od pierwszych minut oczywiste było, że wojna będzie krwawa i zawzięta. Pokazuje to chociażby fakt, że szwedzki arbiter już w 3. minucie pokazał pierwszy żółty kartonik. 120 sekund później dogodną okazję do otworzenia wyniku miał Edmar, który tuż sprzed pola karnego uderzył niedaleko spojenia bramki Artura Boruca.

Widać było, że Polacy wyciągnęli wnioski z meczu z Ukrainą w Warszawie. Nasi nie odpuszczali i mimo licznych prowokacji nie odpowiadali na zaczepki wschodnich sąsiadów. „Biało-czerwoni” przetrwali pierwszy kwadrans gry, jednak wyraźnie nie potrafili dłużej utrzymać się przy piłce, co wiązało się z tym, że to piłkarze w żółtych trykotach częściej znajdowali się pod naszym polem karnym.
Podopieczni Waldemara Fornalika starali się atakować skrzydłami, jednak rezultaty tego były marne. Trudno strzelić gola, gdy w polu karnym przeciwnika na siedmiu obrońców ma się jednego napastnika. Najbliżej zdobycia bramki byliśmy w 27. minucie, gdy Kamil Glik uderzył głową w ukraińskiego zawodnika, broniącego słupka Pyatowa. Kilkanaście sekund później Szewczuk postanowił spróbować strzału z dwudziestego metra, a piłka minęła słupek o zaledwie kilkanaście centymetrów.
Serce polskich kibiców zabiło mocniej na dziesięć minut przed końcem pierwszej odsłony spotkania. Robert Lewandowski postanowił spróbować i technicznie uderzyć, jednak strzelił zbyt mocno i kolejna okazja została zmarnowana. Jeszcze lepszą sytuację miał Waldemar Sobota, który wykorzystał zamieszanie w polu karnym, sprawiając niesamowite kłopoty golkiperowi Ukraińców, który musnął piłkę i przeniósł ją nad poprzeczką.
Do końca pierwszej połowy ani jedni, ani drudzy nie mieli dogodnej sytuacji do strzelenia gola, a po minucie doliczonego czasu gry arbiter spotkania zakończył pierwszą odsłonę.
Polacy drugie 45 minut rozpoczęli z większym animuszem, ale niewiele lepszym skutkiem. Piłkarzom w biało-czerwonych trykotach wciąż brakowało skuteczności oraz dokładności. Co gorsza powielaliśmy błędy, które przydarzały nam się od początku meczu. W polu karnym Pjatowa brakowało naszych zawodników. Kara za taką grę mogła przyjść niesamowicie szybko. Chwilę później Ukraińcy wyprowadzili kontrę i gdyby nie przytomne zachowanie Wojtkowiaka mogło być już 1:0, a nasze marzenia o brazylijskim mundialu prysłyby niczym mydlana bańka.












