„Polska dla Polaków” – krzyczy znane kontrowersyjne hasło. Jednak w kontekście trenerów piłkarskich lepiej sprawdzi się twierdzenie „Polacy dla Polski”. Gdy przy całym tym tumulcie i podnieceniu spowodowanymi sukcesami reprezentacji czy grą polskich zawodników w bardzo dobrych europejskich klubach zatrzymamy się i pomyślimy o rodzimych trenerach… cóż, wówczas naprawdę przychodzi dłuższa niż zwykle chwila głębokiej refleksji. Czy naprawdę polski trener nadaje się tylko do pracy w kraju nad Wisłą? Serce mówi oczywiście, że nie, ale niezwykle trudno jest znaleźć jakikolwiek argument popierający tę tezę. Więc jak to jest? Polscy trenerzy nadają się do pracy za granicą?
Gdy myślimy o szkoleniowcach urodzonych w naszym pięknym kraju, nasuwa się porównanie do Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, a konkretnie do rodu Dobrzyńskich. Gdyby trenerzy z całego świata byli szlachtą, polscy zasilaliby szeregi tej zaściankowej. Podobnie jak bohaterom naszej epopei narodowej polskim szkoleniowcom wytyka się głębokie przywiązanie do tradycji i wspomina się czasy, kiedy było dobrze. A niestety, w piłce nożnej liczy się rozwój. Kto się nie rozwija, ten się cofa. Dlatego też Polacy nie są rozchwytywani poza granicami naszego kraju. Zwyczajnie nie wydają się atrakcyjni dla klubów z innych, silniejszych lig europejskich, w których włodarze wolą postawić na młodego, niedoświadczonego szkoleniowca z własnej ojczyzny.
Zgoła inaczej traktuje się trenerów nad Wisłą. W Polsce dużo łatwiej jest dostać pracę, gdy dowód osobisty wydano ci w Hiszpanii czy Czechach. Jak więc liczyć na angaż polskiego szkoleniowca za granicą, skoro nawet u nas nie są oni szanowani bardziej niż obcy?
Czy problemem jest warsztat?
Naszym trenerom wciąż daleko do europejskiego topu w kwestii prowadzenia treningów. Mamy pewne braki w dziedzinie przygotowania fizycznego i dobrze obrazują to mecze w eliminacjach do europejskich pucharów każdej jesieni. Wielu zawodników polskich drużyn nie wytrzymuje trudów spotkania na poziomie trochę wyższym niż ekstraklasa. To naprawdę boli, ponieważ można wybaczyć jakieś braki w wyszkoleniu technicznym czy szybkości, ale, do diaska, wymagajmy od rodzimych zawodników, by chociaż byli w stanie przebiec 90 minut w niezłym tempie i na średniej intensywności. Obrazki łapiących skurcze piłkarzy to naprawdę nie jest rzadkość, stanowią przy tym wizytówkę trenera.
Obrazki łapiących skurcze piłkarzy to naprawdę nie jest rzadkość, stanowią przy tym wizytówkę trenera.
Nie pomagają rozwiązać tego problemu zagraniczne staże. Podobnie jest z propozycjami PZPN-u w kwestii szkoleń dla trenerów. Tutaj naprawdę jest co poprawiać i pora skończyć z PR-owskimi zagrywkami piłkarskiej centrali. Potrzeba konkretów.
Żeby jednak nie było tak bardzo pesymistycznie, warto zwrócić uwagę na świetne umiejętności wielu polskich trenerów w dziedzinie taktyki. Jeśli chodzi o ustawianie zespołu i grę „z głową”, w Polsce byliśmy w ostatnich latach świadkami dużego progresu. Przykładów nie trzeba szukać zbyt długo. Michał Probierz, którego Jagiellonia przypomina dobrze nasmarowaną maszynę, której każdy element zna swoje miejsce i spełnia swoją funkcję. Podobnie Czesław Michniewicz, który w Niecieczy wykorzystuje do maksimum potencjał ludzki, taktycznie szachując ligowych rywali. No i pamiętajmy o Jacku Magierze. Trener Legii nie tylko oczyścił atmosferę w szatni, ale przede wszystkim dopasował taktykę do piłkarzy, których ma do dyspozycji. Efekt? Lanie rodzimych przeciwników i bądź co bądź niespodziewany „awans” do Ligi Europy kosztem Sportingu.











