W grudniu z reguły zauważalne jest nasilanie się spekulacji transferowych. Wiele klubów zaczyna wykazywać coraz większą aktywność na rynku, badając przy tym ewentualne koszty wzmocnień. Nadchodzące okienko, jak co roku, będzie idealną okazją dla niektórych polskich zawodników, by po nieudanej rundzie jesiennej móc zmienić otoczenie. Na nasze szczęście tylko nieliczni na emigracji mają duże problemy.
Pikujący Krzysztof Piątek
Za chwilę mijają dwa lata, odkąd Krzysztof Piątek zamienił AC Milan na Herthę Berlin. Wtedy jeszcze tliły się nadzieje na to, że na boiskach Bundesligi reprezentant Polski złapie nowy bodziec i ponownie zacznie strzelać jak na zawołanie. Okazało się jednak, że niewiele zostało u niego z tego, czym zachwycał w pierwszej części swojej szaleńczej przygody w Serie A.
Gdy był zdrowy, to regularnie łapał swoje minuty, nawet jeśli nie wychodził w wyjściowym składzie. Jeśli jednak spojrzymy na jego dokładny dorobek, ujrzymy zaledwie 13 trafień w 59 spotkaniach. W całym 2021 roku Piątek do siatki rywala trafiał zaledwie pięciokrotnie i w końcówce rundy jesiennej władze Herthy postanowiły wystawić go na listę transferową.
Na brak zainteresowania rzecz jasna Piątek nie może narzekać. Najbardziej zdeterminowanym klubem, który chce pozyskać 26-latka, jest Galatasaray Stambuł.
Dziennikarze z tamtejszego kraju są przekonani, że finalizacja transferu jest bardzo blisko. Cały temat może zaburzyć jednak nieco świeższa plotka prosto z dobrze znanych zawodnikowi Włoch. Rynek pod względem wzmocnienia ataku przegląda bowiem Torino, szykujące się na odejście Andrei Belottiego. Sama kwota transferu mogłaby wynieść 15 milionów euro. Ogólnie rzecz biorąc, oba kluby pokazują jasno, że Krzysztof Piątek zaczyna zaliczać powolny zjazd. Czy jeszcze będzie w stanie pójść potem w górę? Wydaje się to wątpliwe, aczkolwiek chcemy się mylić.
Niechciana dwójka z Unionu Berlin
Fatalny przypadek, który powodował wiele dyskusji przez całą rundę jesienną. Bardziej jednak na tapet był brany Tymoteusz Puchacz, będący niespodziewanie bardzo daleko od otrzymania szansy w Bundeslidze. Jego występy mogliśmy śledzić jedynie w europejskich pucharach, w których radził sobie w kratkę. Jeśli już jednak przychodziły mecze ligowe, Puchacza częściej można było widywać w Poznaniu niż na meczu. Owszem, trenował tam z prywatnym trenerem od przygotowania fizycznego, ale ciągnęło się to chyba troszkę za długo.









