O tych, którzy przygodę z angielską piłką mają za sobą, już pisaliśmy. Nadszedł zatem czas na zawodników, którzy z Anglii jeszcze nie wyjechali i – ze zmiennym szczęściem – reprezentują tamtejsze kluby. Będzie dużo o bramkarzach.
Wojciech Szczęsny przebojem wdarł się do jedenastki Arsenalu… (fot. Skysports.com)
Najdłużej obecnie na Wyspach wytrzymuje Tomasz Kuszczak, który wyjechał już w lecie 2004 roku. Pierwszym angielskim przystankiem w jego karierze było WBA. Po roku adaptacji w sezonie 2005/2006 stał się już pierwszym golkiperem „The Baggies”, zespołu grającego w Premier League. Mimo takich interwencji:
…wyrzucając z niej Fabiańskiego (fot. skysports.com)
nie zdołał zapobiec temu, że ekipa spadła z ligi. Świetną postawę Kuszczaka dostrzegł jednak sir Alex Ferguson i postanowił sprowadzić go na Old Trafford. Polak miał w perspektywie walkę z Edwinem van der Sarem, w której z góry był skazany na porażkę, ale wiedział, że Holender nie młodnieje i do zakończenia kariery mu bliżej niż dalej. Niestety, okazało się, że van der Sar grał dłużej, niż pewnie sam się tego spodziewał, a co więcej, upływające lata nie miały wpływu na jego formę. No, chyba że pozytywny. Polak zaliczał 10, 15 występów w sezonie i przeważnie nie zawodził, ale na pewno nie był to dla niego szczyt marzeń. Można jednak w tym miejscu napisać, że to Kuszczak, a nie Dudek, jest najbardziej utytułowanym Polakiem na Wyspach. W końcu wygrał cztery mistrzostwa, Champions League, klubowe mistrzostwo świata i dwa Puchary Ligi. Szkoda jednak, że jego wkład w te sukcesy był tylko symboliczny. Co gorsza, po zakończeniu kariery przez van der Sara okazało się też, że Ferguson jednak w Polaka nie wierzy, bo kupił dwóch bramkarzy. To był jasny sygnał, że Tomek może sobie szukać nowego klubu. Poprzednią wiosnę spędził zatem na wypożyczeniu w Watfordzie, a w tym sezonie, już na stałe, broni barw Brightonu. I można z całą pewnością powiedzieć, że lata spędzone na Old Trafford nie były zmarnowane. Kuszczak spisuje się świetnie, to tylko kwestia czasu, aż wróci do gry w angielskiej ekstraklasie.
W styczniu 2006 do Southamptonu trafił golkiper, który przeszedł podobną drogę jak Kuszczak. Z tą tylko różnicą, że on swoją szansę dostał. Bartosz Białkowski, bo o nim mowa, na St. Mary’s trafił w wieku 19 lat. Już po kilku miesiącach uśmiechnęło się do niego szczęście, bo zawieszony został Kelvin Davis, a Białkowski nie tylko wskoczył do bramki na trzy mecze jego kary, ale dzięki bardzo dobrym występom – na dłużej. Z początkiem sezonu 2007/2008 zmarnował jednak szansę na dłuższą grę i stracił miejsce w składzie. Nie odzyskał go niemal przez dwa lata, aż do kontuzji Davisa, która jednak pozwoliła mu grać tylko przez sześć kolejek. W tym czasie był dwa razy wypożyczany. Przez trzy miesiące w Ipswich nie zagrał ani razu, za to w Barnsley udało mu się wystąpić dwa razy, choć przebywał tam tylko przez… tydzień. Mimo kłopotów z grą w Southamptonie w czerwcu 2010 roku przedłużył kontrakt z klubem o dwa lata. Nie wrócił do bramki, a po awansie „Świętych” do Premier League zmienił w końcu pracodawcę. Była to, jak się wydaje, dobra decyzja, bo w Notts County Białkowski jest numerem jeden i broni regularnie. Chciałoby się, żeby grał wyżej niż w League One, ale przecież to golkiper dopiero 25-letni, więc przed nim jeszcze długie lata kariery.
Radosław Majewski (z lewej), mimo że nie jest gladiatorem, w Championship sobie radzi (fot. Nottinghamforest.co.uk)
2006 rok był też bardzo ważny w karierze naszego najlepszego obecnie towaru eksportowego w Anglii, czyli Wojciecha Szczęsnego. Wtedy to przeszedł on z Legii do Arsenalu. Od początku był uważany za talent, który kiedyś wskoczy do bramki „The Gunners”, choć wszystko mogło się załamać w listopadzie 2008 roku. Rutynowe ćwiczenia na siłowni, chwila nieuwagi – i Wojtek złamał obie ręce. Wydawało się, że może to być nawet fatalny koniec świetnie zapowiadającej się kariery. Nic z tego, Szczęsny wrócił po pięciu miesiącach. A już w maju 2009 roku, miesiąc po 19. urodzinach, siedział na ławce w meczu pierwszego zespołu. Zadebiutował we wrześniu tamtego roku, a w listopadzie zaliczył debiut w reprezentacji i został wypożyczony do Brentfordu. W pierwszych ustaleniach na miesiąc, z którego później zrobiły się dwa miesiące, aż ostatecznie Polak zabawił tam aż do końca maja. Oczywiście nie bez powodu, tylko dlatego, że wspaniale grał. W drugim spotkaniu obronił karnego, w piątym dostał nagrodę dla piłkarza meczu. Sezon 2010/2011 był dla niego przełomowy. W listopadzie przedłużył kontrakt, zaliczył kolejny występ w Pucharze Ligi, a na debiut w Premier League nie czekał długo.
Sławomir Peszko z koszulką Wolverhamptonu (fot. wolverhampton.co.uk)
Jak w wielu przypadkach pomogła kontuzja. A dokładniej dwie kontuzje – Łukasza Fabiańskiego i Manueala Almunii. A to wszystko przed meczem z Manchesterem United na Old Trafford. Co prawda londyńczycy przegrali 0:1, ale Wojtek nie dał się pokonać Rooneyowi z rzutu karnego (Anglik kopnął nad poprzeczką). W styczniu zachował pierwsze czyste konto – w spotkaniu z West Hamem. Był w tak dobrej formie, że Wenger postanowił nie sadzać go już na ławce. Szczęsny zaliczył debiut w Champions League w zwycięskim 2:1 starciu z Barceloną. W rewanżu na Camp Nou nie bronił długo, bo tak niefortunnie interweniował, że złamał palec. W tym czasie przyszła też jego pierwsza wielka porażka, gdy w finale Pucharu Ligi z Birmingham błąd jego i Laurenta Koscielnego pozwolił Martinsowi strzelić zwycięskiego gola. Mimo wszystko w kwietniu, po wyleczeniu kontuzji, wrócił do bramki. Nie opuścił jej przez całe poprzednie rozgrywki, a w kilku meczach został bohaterem (jak na Anfield, gdzie wspaniale obronił karnego i dobitkę). Zagrał też na Euro 2012, ale wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Obecną kampanię zaczął niemrawo, miał problemy z kontuzjami, popełnił głupi błąd (który na szczęście na niczym nie zaważył) w spotkaniu z Southamptonem. Zastępujący go Vito Mannone spisywał się bez zarzutu, ale Szczęsnego nie wygryzł. Wojtek wrócił, znowu stoi w bramce Arsenalu i nie wygląda na to, żeby to prędko miało się zmienić.
Artur Boruc miał być zbawcą Southamptonu. Na razie wygląda to średnio… (fot. www.saintsfc.co.uk)
Na drugim biegunie znajduje się jego kolega z zespołu, a zarazem rywal w składzie, Łukasz Fabiański. Kolejny talent bramkarski z Legii, który po wyjeździe do Arsenalu miał zostać gwiazdą naprawdę dużego formatu. „Fabian” już od 2007 roku siedzi na Emirates i nic. A siedzi to dobre słowo, bo gra niezwykle rzadko. W Premier League nie widziano go od sezonu 2010/2011, w obecnym sezonie nikt nie widział go na boisku w żadnym oficjalnym meczu. Łukasz przez pierwsze trzy lata grał przeważnie tylko w pucharach, a w lidze zaliczał ledwie epizody. Wydawało się, że wszystko zmienia się w sezonie 2010/2011, szczególnie po świetnym występie z Partizanem w LM, gdy m.in. obronił karnego. Później przyszło fatalne spotkanie z Newcastle i porażka u siebie po błędach Fabiańskiego z Newcastle. Mimo to Wenger nie skreślił go od razu, zrobiła to kontuzja barku w styczniu 2011 roku. Urazu nabawił się na… rozgrzewce z Wojciechem Szczęsnym, który wygryzł go później ze składu. Wydaje się jednak, że i tak w końcu by to nastąpiło, przydomek „Flappyhandski” nie wziął się znikąd, bo Łukasz zaliczył kilka fatalnych występów, jak np. z Porto w LM w sezonie 2009/2010. Łukasz miejsce na boisku stracił bezpowrotnie, nie jest już nawet rezerwowym. Miejmy nadzieję, że zimą w końcu uda mu się wyrwać z tej matni, bo może pograć na dobrym poziomie jeszcze przez kilka lat.
W sezonie 2006/2007 do Anglii trafił Tomasz Cywka. Jak wielu innych Polaków przed nim został wypatrzony jeszcze w wieku juniora. Jego sprowadzili z Gwarka Zabrze akurat działacze Wigan Athletic. Szybko zaliczył debiut w Pucharze Ligi, a zaraz potem poszedł na wypożyczenie do Oldhamu, w którym wystąpił kilka razy, ale specjalnie nie zachwycił. Kolejne lata w Wigan nie przynosiły efektu w postaci przebicia się do pierwszej drużyny. Dopiero w styczniu 2009 roku zaliczył krótki występ w meczu FA Cup z Tottenhamem i trener Steve Bruce sugerował nawet, że wkrótce Cywka w końcu się przebije, ale tym razem przeszkodziła kontuzja. W marcu 2010 roku został wypożyczony do Derby County i do Wigan już nie wrócił. W maju przeszedł do tego klubu na stałe. W końcu zaczął grać regularnie (strzelił nawet kilka bramek), ale w lutym 2011 roku za fatalny błąd, który kosztował jego zespół utratę punktów, ostro skrytykował go menedżer Nigel Clough. Powiedział on, że Cywka: – Jest bardzo niedoświadczonym i niezbyt mądrym piłkarzem… Może iść do Wigan, czy skąd tam przyszedł, nie obchodzi mnie to, dopóki nie nauczy się gry. Sprawa otarła się nawet o PFA (stowarzyszenie piłkarzy), którego szef skrytykował trenera za te słowa. Mimo wszystko Cywka zaliczył kolejnych kilka meczów, aż doznał kontuzji. Sezon 2011/2012 był już dużo gorszy, na początku nie grał, a gdy już zaliczył pierwszy występ, to został zmieniony po… czterech minutach przez czerwoną kartkę kolegi z zespołu. W połowie tych rozgrywek menedżer Clough stwierdził, że Cywka może odejść za darmo. Dużo mówiło się o jego powrocie do Polski, do Śląska Wrocław, ale ostatecznie dołączył do drużyny Reading. Przez niecałe pół roku zagrał dla niej jednak tylko czterokrotnie, a przed sezonem podpisał kontrakt z Barnsley. Dobrze zaczęła się jego przygoda z tym zespołem, do niedawna grał regularnie, strzelił nawet dwa gole. Ostatnio jest z tym trochę gorzej, ale ogólnie Tomek w tym klubie sobie radzi.
W 2009 roku z Polonii do miasta Robin Hooda uciekł też Radosław Majewski. Kiedy wyjeżdżał, ludzie pukali się w czoło, mówiąc, że jest za mały, wątły i po prostu nie nadaje się do gry jako środkowy pomocnik w tak fizycznej lidze jak Championship. Tymczasem Radek zagrał wszystkim na nosie. Może nie jest gwiazdą ligi, ale nie można powiedzieć, że sobie nie radzi. Najbardziej udany był dla niego ten pierwszy sezon, w którym w 40 meczach strzelił cztery gole i zaliczył dziesięć asyst. To zaowocowało transferem definitywnym, bo do tej pory z Polonii był tylko wypożyczony. Kolejne rozgrywki były mniej udane, 28 występów (w tym 22 od pierwszej minuty) i zaledwie dwa gole i dwie asysty. To chyba był dół jego formy, bo w poprzedniej kampanii było już lepiej. 31 meczów, siedem goli, dwie asysty i jeden hat-trick. Ten sezon zaczął na pograniczu pierwszego składu i ławki, ale nawet jeśli na niej siadał, to często wchodził na boisko. Aż przyszedł feralny 3 listopada i potyczka z Millwall, w której już w pierwszym kwadransie uszkodził kostkę. Trener O’Driscoll przepowiadał, że Radek nie pogra w piłkę przez kilka miesięcy. Na szczęście już po kilku, ale tygodniach, wrócił na ławkę, na której spędził trzy ostatnie spotkania.
Przed startem obecnych rozgrywek podbijać tamtejsze boiska w tych poważnych ligach zaczęli trzej nowi Polacy. Po przygodach z taksówkami Kolonię na Wolverhampton zamienił Sławomir Peszko. Polski skrzydłowy miał pomóc spadkowiczowi z Premier League wrócić do pierwszej ligi i zastąpić Kightly’ego, który odszedł do Stoke. Na razie ten plan wychodzi średnio, bo „Wilki” w tabeli Championship są na początku dolnej połowy, a sam skrzydłowy jest kontuzjowany. Do momentu październikowego urazu Stale Solbakken, który przecież współpracował z Peszką w FC Koeln, stawiał na gracza. Teraz z wyżej podanych względów nie może tego robić, ale Sławek ma wrócić do gry w styczniu. Może w końcu uda mu się strzelić pierwszego gola, jak do tej pory zaliczył zaledwie jedną asystę. Dużo gorzej wygląda sytuacja Grześka Sandomierskiego. Młody, zdolny, ale chyba wyjechał za szybko. W Racingu Genk nie zagrał ani razu, więc żeby nie siedzieć na ławce, wrócił do Jagiellonii na wypożyczenie. Nie był to już ten sam zawodnik, a po ponownym powrocie do Belgii też nie wywalczył miejsca w składzie. Decyzja o wypożyczeniu do Blackburn była chyba nieco dziwna, bo Paul Robinson jest nie do ruszenia, a i kontuzje raczej go omijają. Nic zatem dziwnego, że Sandomierski w tym sezonie murawę wącha tylko na treningach albo w meczach rezerw. Co jeszcze bardziej niezrozumiałe, ostatnio pojawiły się pogłoski, że… Grzesiek ma zostać na Ewood Park na stałe. Oby nie skończył jak Fabiański.
Ciekawe też, jak potoczą się losy Artura Boruca. Ten bardzo doświadczony i wciąż jeszcze w formie golkiper spotkał się z sytuacja niebywałą. Był do wzięcia za darmo, a przez całe lato nie mógł znaleźć pracodawcy. Dopiero problemy z bramkarzami (bynajmniej nie kontuzje, ale ich słaba forma) sprawiły, że ściągnął go Southampton. Boruc szybko wskoczył do bramki, ale rozegrał dwa słabe mecze, w których puścił sześć goli, a zespół poniósł dwie porażki. Po tej drugiej, z Tottenhamem, miał „podziękować” kibicom, rzucając w trybuny butelkę. Po dwutygodniowym śledztwie klub postanowił go nie karać, ale od tamtej pory minęło półtora miesiąca, a Boruc nadal do bramki nie wrócił. Dwa razy (w tym w ostatni weekend) siedział na ławce, choć Nigel Adkins chyba jak nikt inny w Premier League żongluje golkiperami. Może zatem i Polak dostanie kolejną szansę?