Multiliga – symbol nieustannych emocji, wyłapywania najlepszych kąsków ze wszystkich spotkań, nawet tych dramatycznych. Coś, co tygrysy lubią najbardziej. Wydawać by się mogło, że to idealny przepis na bezpieczne spędzenie wieczoru przed telewizorem z ekstraklasą.
Panie i Panowie, nic bardziej mylnego! U nas „impossible is nothing”!
Niesamowite, przed przystąpieniem do dzisiejszej Multiligi mimo wszystko zastawialiśmy się nad ogarnięciem tego całego zbioru. Ok, nie popadliśmy w przesadną reakcję, mając na uwadze, że to jednak tylko grupa spadkowa. Ale i tak raczej przypuszczaliśmy, że po prostu coś się będzie działo.
Jakże to były płonne nadzieje. A mogliśmy posłuchać innych.
Na czterech stadionach ekstraklasy przez 45 minut nie działo się praktycznie nic ciekawego, nie licząc dwóch kolejnych i to już absolutnie kardynalnych błędów obrony Podbeskidzia, za które podopieczni Podolińskiego nie byliby w stanie zaliczyć piłkarskiej matury. Im dłużej trwa ta katastrofa „Górali”, tym bardziej jest ona dla wszystkich zastanawiająca. Czy ta niedoszła ósemka aż tak mogła zaszkodzić? Gdyby tak po chłopsku pomyśleć, to przecież niemożliwe jest oduczenie się gry w piłkę. Tymczasem w zespole z Bielska właśnie obserwujemy coś takiego. Zatem nic dziwnego, że do przerwy równie przeciętna Łęczna potrafiła im wcisnąć dwa gole. Najpierw Bonin dograł do Pitrego znajdującego się w polu karnym pośród manekinów, a potem swojaka dołożył Baranowski.
W Białymstoku i Zabrzu, mówiąc eufemistycznie, również nie oglądaliśmy wielkiego widowiska. Natomiast w Krakowie, powołując się na relację internetową, podobno Wisła i Śląsk miały swoje okazje. Niestety, nie dano nam możliwości się im przyjrzeć.
Jeśli ktoś myślał, że „Górale” na drugą połowę wyjdą walczyć do ostatniej kropli krwi, był chyba mocno rozczarowany. Podbeskidzie nie tylko nie wysłało żadnego sygnału do walki, ale jeszcze zaczęło się prosić o kolejne gongi.
Górnik Łęczna zagrał dziś solidne zawody, robił swoje i punktował rywala. Stało się zresztą to, o czym kiedyś pisaliśmy – przebudzenie lidera. Dziś kimś takim zdecydowanie był Bonin, ten Bonin z najlepszych swoich okresów. Swoje zrobił również Tomasz Nowak. Cóż, to zwyczajnie cecha charakterystyczna drużyny z Łęcznej. Gdy najlepsi zawodnicy się budzą, zespół ten jest w stanie wygrywać. Ogólnie dziś górnikom ewidentnie zależało, a ich gra przyniosła efekt.












