Korona Kielce jeszcze nie przegrała, a Podbeskidzie Bielsko-Biała jeszcze nie wygrało. Te passy zostały podtrzymane także po bezpośrednim pojedynku obu drużyn, w którym lepsi okazali się kielczanie.
W pierwszej połowie żadna z drużyn nie chciała się przyznać, że umie grać w piłkę. Większe skutki przyniosło to kielczanom, którzy grali tak topornie, że aż rywale… urządzili sobie drzemkę. I to dwa razy. Pierwszą w 32. minucie. Z rzutu wolnego dośrodkował Vuković, a w polu karnym znalazł się niepilnowany Kiercz. Młody obrońca Korony nie miał większych problemów z umieszczeniem piłki w siatce.

Druga faza snu przyszła tuż przed końcowym gwizdkiem. W „szesnastce” piłkę przyjął Korzym i nie bardzo wiedział, co może z nią uczynić. Myślał, myślał, aż… poczuł na swoich kostkach nogę rywala. Sędzia bez zawahania odgwizdał przewinienie. Korzym w upadek włożył trochę umiejętności aktorskich, mimo to decyzję arbitra trzeba uznać za słuszną. Karnego z dużym spokojem wykorzystał Vuković.
W drugiej połowie, mimo okropnego upału, zawodnicy zostawili na murawie sporo zdrowia. Wszystko za sprawą gola kontaktowego, jakiego w 53. minucie strzelił Konieczny. Zawodnik Podbeskidzia sprytnie uciekł po rzucie rożnym Stano i precyzyjnym strzałem umieścił piłkę w siatce.
Korona mądrze się broniła, ale też kontratakowała, co przyniosło zbawienne skutki. Do długiej piłki wybitej „na aferę” dobiegł Korzym i mocnym uderzeniem nie dał szans Bąkowi. Mimo to nie było po meczu. Gola strzelili także bielszczanie, a konkretnie Demjan, który potężną bombą z woleja zwieńczył składną akcję drużyny.











