Jensa Lehmanna nie trzeba przedstawiać. Doskonale znają go fani nie tylko Bundesligi. Doświadczony i utytułowany bramkarz sam także nie pozwala o sobie zapomnieć. Ilekroć bycie przykładem dla grona młodszych kolegów z drużyny mu się znudzi, wywołuje jakiś skandal. Ostatnio nawet kilka za jednym zamachem.
Była 87. minuta meczu 16. kolejki Bundesligi rozgrywanego pomiędzy FSV Mainz i VfB Stuttgart. Goście prowadzili 1:0. Numer jeden w VfB, trzymając w piłkę w dłoniach, podszedł do Aristide Bancé, szturchnął go i nadepnął na niego. Konsekwencją tego bezsensownego czynu była oczywiście czerwona kartka oraz przyznanie drużynie Mainz rzutu karnego. Jedenastkę Eugen Polański pewnie zamienił na bramkę. Lehmannowi Stuttgart zawdzięcza utratę dwóch naprawdę cennych punktów.
To oczywiście nie wszystko. Oddelegowany z boiska Lehmann nie omieszkał okazać swojej wściekłości także innym, poza napastnikiem FSV Mainz. Za cel swojego kolejnego wybuchu obrał sobie operatora kamery. Później, stojąc z dwoma kibicami, nie również potrafił się opanować. Wyrwał jednemu z towarzyszy okulary. Właściciel przez dłuższą chwilę musiał się prosić o ich zwrot. Sam bramkarz w całej swojej wściekłości miał również zamiar powrotu do domu taksówką. Początkowo żadnej nie znalazł, wrócił więc do drużynowego autobusu. Pełen wątpliwości postanowił jednak znowu poszukać szczęścia i ostatecznie udał się właśnie „taryfą” z Mainz na lotnisko we Frankfurcie, skąd wreszcie udało mu się wrócić do domu.
Kilka dni wcześniej klub nałożył na Lehmanna karę 40 000 euro za krytykowanie sposobu pożegnania się zarządu VfB Stuttgart z byłym trenerem, Markusem Babbelem. 40-latek kary nie zaakceptował. Niedawno słynny golkiper okazał się także bohaterem innej afery. Podczas meczu Ligi Mistrzów przeciwko Unirei Urziceni opuścił na chwilę boisko. Prawdopodobnie po to, by załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Powinien zostać za to ukarany żółtą kartką. Jego zachowanie pozostało jednak bez żadnych konsekwencji.
W Niemczech trwa dyskusja – Czy to już koniec Lehmanna? Czy ma jeszcze jakąś przyszłość w Stuttgarcie? Czy sam prowokuje swoje zwolnienie? I tak, i nie.
Fakty są takie – mieszka on nad oddalonym od Stuttgartu o spory kawałek jeziorem Starnberg. Do tej pory miał przywilej w postaci wolnego od treningu dnia po rozegranym meczu. Mógł go spędzić w domu z rodziną. Nowy trener bezpowrotnie tego przywileju go pozbawił. To wzbudziło oczywiście negatywną reakcję. Dodatkowo, zamiast w swoim ostatnim sezonie walczyć o jakiś większy sukces, 40-latek znajduje się w samym centrum bitwy o utrzymanie w lidze. Kiedy coś rozczarowuje, najłatwiej jest się poddać.
Jens Lehmann od zawsze był postacią kontrowersyjną, wzbudzał mieszane emocje. Jako bramkarz dodatkowo ponosi znacznie większą odpowiedzialność za rezultaty drużyny niż przykładowo defensywny pomocnik. Życie pod taką presją otoczenia na pewno odciska piętno na charakterze. Czy to jest jednak usprawiedliwienie? Nie. W końcu jako odpowiedzialny piłkarz, a za takiego się uważa, na pierwszym miejscu powinien stawiać dobro drużyny. Prywatne porachunki i dziwaczne wymysły nie wchodzą w grę. Tymczasem, wbrew rozsądkowi, doświadczony zawodnik powoduje utratę dwóch jakże ważnych dla walczącej o utrzymanie drużyny punktów. Nie ma nic bardziej absurdalnego niż zniweczenie porządnych wyników pracy własnej i całego zespołu na sam jej koniec.








