Piłkarze z przeszłością w Lechu i Legii – oni nie mieli oporów przed odejściem do odwiecznego rywala


Przed polskim klasykiem przyglądamy się historii piłkarzy, którzy grali zarówno dla Lecha, jak i Legii

23 lutego 2019 Piłkarze z przeszłością w Lechu i Legii – oni nie mieli oporów przed odejściem do odwiecznego rywala

Trwa wsteczne odliczanie do meczu, który w ostatnich latach stał się wizytówką polskiej ligi. Kiedy Lech gra z Legią, cała piłkarska Polska wstrzymuje oddech i wszyscy śledzą to spotkanie z zapartym tchem. Bez względu na to, gdzie w ligowej tabeli znajdują się oba zespoły oraz w jakiej są formie. Żeby podgrzać atmosferę przed tym wyjątkowym starciem, przypominamy piłkarzy, którzy przywdziewali koszulki zarówno ekipy z Poznania, jak i z Warszawy.


Udostępnij na Udostępnij na

Rywalizacja pomiędzy Lechem a Legią jest jedną z najgorętszych w naszej lidze. Dla kibiców obu klubów jest to wyjątkowe starcie. Odejście piłkarza do odwiecznego rywala boli wyjątkowo mocno. Mimo to ruchów na linii Lech – Legia było niemało.

Transfery do „wojska”

Jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego Legia jest nielubiana przez prawie całą Polskę, to wystarczy pogrzebać w historii polskiej piłki. Odpowiedź nasuwa się wówczas sama. Legia jako klub wojskowy bez oporów korzystała z przywilejów, jakie wynikały z tego faktu. Zespół z Warszawy brał najlepszych piłkarzy rywali, którzy mieli nieuregulowany stosunek do służby wojskowej. Taka praktyka nie mogła budzić sympatii piłkarskiej Polski.

Lech Poznań nie był wyjątkiem i po ich graczy Legia też sięgała. Dziś kibice Lecha nie mają pretensji do zawodników, którzy nie mieli wyboru i praktycznie musieli odejść do Legii, żeby ratować swoją karierę piłkarską. Tacy piłkarze jak Jarosław Araszkiewicz czy Mirosław Okoński od razu po odbyciu dwuletniej „służby wojskowej” wrócili do Lecha i święcili z nim spore sukcesy. Dziś są legendami „Kolejorza”.

Choć w przypadku „Okonia” sytuacja jest niejednoznaczna. Kiedy odchodził, kibice Lecha mieli do niego pretensje, bowiem mógł skorzystać ze statusu jedynego żywiciela rodziny, co w praktyce oznaczałoby, że nie musiałby odbywać służby wojskowej. O przyznanie mu tego statusu mocno zabiegały władze Lecha na czele z wiceprezesem Hilarym Nowakiem. Okoński był jednak zdeterminowany, żeby odejść.

Tłumaczył się tym, że i tak by go dopadli. W momencie, kiedy jego córka by podrosła, i tak siłą by go zaciągnęli do wojska i to tego prawdziwego. „Okoń” praktycznie nie miał wyboru, ale kiedy dochodziło do tego „transferu”, kibice nie mogli zrozumieć, dlaczego nawet nie powalczył o uniknięcie służby wojskowej.

W 1980 roku Lech grał z Legią w finale Pucharu Polski. Kibice Lecha podeszli przed meczem do Okońskiego (już wtedy piłkarza Legii) i wiedząc, że „Okoń” jest piłkarskim hipochondrykiem i często boi się, że może doznać kontuzji, powiedzieli mu, że połamią mu szkity (w gwarze poznańskiej – nogi).

W 1982 roku służba wojskowa Okońskiego dobiegła końca, ale Legia zaproponowała mu kontrakt i namawiała na pozostanie w Warszawie. Wtedy do gry wkroczył legendarny sponsor Lecha – śp. Henryk Zakrzewicz, pseudonim „Luluś”.

Ceniony poznański przedsiębiorca był jedną z niewielu osób, którym w czasach PRL-u udało się otworzyć i rozkręcić własny biznes. „Luluś” miał swój sklep o nazwie Miranda, sprzedawał tam odzież i dorobił się na tym fortuny. Stwierdził, że „Okoń” musi wrócić do Lecha i bez wahania wyłożył pieniądze na jego sprowadzenie.

Ostatecznie Okoński jeszcze przez cztery lata reprezentował barwy Lecha, po czym wyjechał spróbować swoich sił za granicą, a konkretnie w Hamburger SV. Ówczesne przepisy pozwalały na wyjazd polskiemu piłkarzowi do zagranicznego klubu dopiero w wieku 30 lat. Wyjątkiem był oczywiście Zbigniew Boniek, który wyjechał, mając 26 lat. Okoński między innymi dzięki listom otwartym do mediów uzyskał zgodę na wyjazd w wieku 28 lat.

W barwach „Kolejorza” Okoński świętował trzykrotnie mistrzostwo Polski, a do tego dwa razy sięgnął po Puchar Polski. Podczas dwuletniego pobytu w Legii zdobył dwukrotnie Puchar Polski.

„Okoń” ma swoje miejsce również w słynnej piosence Libera pod tytułem „Czysta gra”, która została przygotowana na 85-lecie Lecha Poznań. Piosenkarz śpiewa w niej: „Każdy z nas chciał kiedyś grać, tak jak oni na glebę obrońców kłaść. Iść futbolową drogą, tak jak „Okoń” wiązać kokardki lewą nogą”. Było to nawiązanie do tego, że Okoński miał tak wspaniałą technikę, że w Poznaniu mówiło się o nim w latach 80., że „wiąże kokardki lewą nogą”.

Fragment o Okońskim od 1:28.

Podobną drogę co „Okoń” przeszedł Jarosław Araszkiewicz. Legendarny gracz Lecha Poznań również swego czasu musiał odbyć służbę wojskową w Legii. Po dwóch latach, kiedy jego służba się zakończyła, wrócił do Lecha tak jak Okoński. „Araś” w barwach „Kolejorza” aż pięciokrotnie był mistrzem Polski, podczas gdy w Legii dwukrotnie zajmował drugie miejsce w lidze.

Stary, ale jary

Wraz ze zmianą systemu w Polsce skończyły się w końcu praktyki „podbierania” zawodników przez Legię pod pretekstem służby wojskowej. Nie zamknęło to jednak transferów na linii Lech – Legia. Jednym z najgłośniejszych przypadków takiej transakcji było oczywiście pozyskanie Jerzego Podbrożnego przez Legię w połowie sezonu 1993/1994.

„Guma” był wówczas w wyśmienitej formie. W barwach Lecha dwukrotnie cieszył się z tytułu mistrza Polski, a do tego dwa razy został królem strzelców polskiej ligi. Nie dziwi więc, że nie brakowało chętnych na zatrudnienie go.

To, co dziwi, to fakt, iż władze Lecha w zasadzie same chciały go sprzedać. Uznały, że Podbrożny jest już za stary (piłkarz miał wówczas 28 lat). Była to kuriozalna decyzja, biorąc pod uwagę, w jak świetnej dyspozycji był w tamtym czasie „Guma”. Z tego faktu chętnie skorzystał właściciel Legii Janusz Romanowski. Oba kluby szybko doszły do porozumienia i Podbrożny przeszedł do „Wojskowych”.

Kibice nie mogli się z tym pogodzić. Fani (w odróżnieniu od zarządu Lecha) widzieli, jak świetnym zawodnikiem był „Guma”, był on ich idolem. Dlatego jego odejście do odwiecznego rywala tak ich zabolało. Kiedy gruchnęła wiadomość o tym transferze, kibice Lecha napisali na samochodzie Podbrożnego: „Bóg wybacza, my nie”.

Podbrożny spędził w Legii dwa lata, zdobył mistrzostwo Polski i grał z klubem z Łazienkowskiej w Lidze Mistrzów. Po latach „Guma” twierdzi, że darzy takim samym uczuciem Lecha i Legię. Jednakże z pewnością opinia o nim w Poznaniu oraz Warszawie jest zgoła odmienna.

Nikt nie ma pretensji

Wspomniałem o tym, że w przypadku Okońskiego czy Araszkiewicza odejście do Legii spotkało się ze zrozumieniem. Podobnie było z Adamem Majewskim czy Maciejem Murawskim. Obaj piłkarze odeszli do Legii w końcówce lat 90., czyli w czasach, gdy poznański zespół miał ogromne problemy finansowe.

Lech musiał ich sprzedać, bo pieniądze z transferów najlepszych zawodników służyły wówczas do poprawy sytuacji finansowej klubu. Murawski niezbyt kwapił się do odejścia. Doszło do sytuacji, w której kapitan „Kolejorza” Piotr Reiss musiał namawiać swojego kolegę z drużyny, by odszedł, i przekonywał go, że powinien to zrobić dla dobra Lecha.

Kibice doskonale rozumieli, jaka jest sytuacja Lecha i jak ważne dla klubu są pieniądze z transferów. W związku z czym, kiedy Murawski po raz pierwszy wrócił do Poznania, żeby zagrać mecz z Lechem, fani „Kolejorza” skandowali jego imię i nazwisko. To był pierwszy i prawdopodobnie jedyny moment, w którym kibice Lecha oklaskiwali piłkarza Legii.

Murawski i Majewski w barwach Legii zdobyli mistrzostwo Polski w sezonie 2001/2002. Ten pierwszy spisywał się na tyle dobrze, że trener Jerzy Engel zabrał go na mundial rozgrywany w Korei i Japonii, gdzie zagrał 90 minut w wygranym przez Polskę meczu z USA (3:1).

XXI wiek

W obecnym stuleciu też dochodziło do głośnych transferów pomiędzy Lechem a Legią. Przykładem takiej transakcji było ściągnięcie w 2005 roku do „Wojskowych” Pawła Kaczorowskiego. „Kaczka” był solidnym ligowcem, nic ponadto. Jego przyjście do Legii wzbudziło gniew… w Warszawie!

Z czego to wynikało? Po kolei. W sezonie 2003/2004 Lech Poznań, wciąż mający niemałe problemy finansowe, mierzył się w finale Pucharu Polski z Legią Warszawa. Dla zespołu, który wówczas był ligowym średniakiem ledwie wiążącym koniec z końcem, była to wielka szansa na zdobycie jakże potrzebnego trofeum. Dla Lecha ta rywalizacja to było coś więcej niż walka o puchar. To był bój o przyszłość klubu, o czym nie omieszkał przypomnieć piłkarzom przed meczem ówczesny trener „Kolejorza” – Czesław Michniewicz.

Wtedy finał Pucharu Polski był rozgrywany w formie dwumeczu, co jeszcze bardziej zmniejszało szanse Lecha na końcowy triumf, bo o ile w jednym meczu można sprawić niespodziankę, to jednak być lepszym na przestrzeni dwóch spotkań nie jest łatwym zadaniem. Włodarze Lecha tak bardzo nie wierzyli w swoją drużynę, że sami postulowali w PZPN, żeby pierwszy mecz rozegrać w Poznaniu. Bali się, że jeśli Lech w pierwszym spotkaniu w Warszawie dostanie srogie baty, to fani „Kolejorza” nie będą chcieli przyjść na rewanż w Poznaniu. Wtedy każda złotówka była na wagę złota, więc wszystkim w klubie zależało na wysokiej frekwencji.

Lech przy pełnych trybunach niespodziewanie ograł Legię w pierwszym meczu 2:0. Poznańska telewizja WTK, czując podniosłość tej chwili i zdając sobie sprawę z wagi rewanżu, postanowiła towarzyszyć piłkarzom z kamerą przez cały okres przygotowań do spotkania z Legią w Warszawie, a także po samym meczu. Dzięki temu powstał fantastyczny dokument „Droga po puchar”, w którym kibice Lecha mogą od „kuchni” obejrzeć kulisy historycznego triumfu nad Legią. Naprawdę warto to zobaczyć!

W Warszawie Lech przegrał 0:1 po golu z rzutu karnego, ale to wystarczyło do zdobycia pucharu. Po meczu doszło do skandalicznych scen. Sfrustrowani kibice Legii zaatakowali piłkarzy Lecha, kiedy ci odbierali medale. Próbowali im je zerwać i niestety kilka medali udało się wyrwać zawodnikom „Kolejorza”. To oczywiście zdenerwowało poznańskich graczy i po meczu w szatni Paweł Kaczorowski zarzucił przyśpiewkę „Legła Warszawa”. Zostało to uwiecznione i znalazło się w tym dokumencie.

W związku z tym, kiedy rok później „Kaczka” trafił na Łazienkowską, nie miał łatwo wśród kibiców Legii. Fani nigdy go nie zaakceptowali, wywiesili nawet transparent: „Chórzysto, nigdy nie będziesz legionistą”. Znamienna była też scena, kiedy Kaczorowski strzelił gola na stadionie Legii na 1:0 dla „Wojskowych”. Spiker zapytał: „Ile goli ma Legia?”, a kibice odpowiedzieli: „Zero!”.

Kaczorowski w barwach Legii rozegrał tylko dziesięć meczów i po roku odszedł do Wisły Kraków.

Kolejne transfery pomiędzy Lechem a Legią to niedawna historia. W połowie sezonu 2012/2013 „Wojskowi” niespodziewanie zdecydowali się pozyskać Bartosza Bereszyńskiego, czyli piłkarza, który wówczas niczym szczególnym się nie wyróżniał i miał niezbyt dobre liczby mimo gry w ofensywie.

Jednakże ten ruch był spowodowany agresywną polityką transferową Bogusława Leśnodorskiego, który starał się każdemu rywalowi Legii w walce o czołowe lokaty podebrać jakiegoś zawodnika. Bereszyński świetnie rozwinął się w Legii, gdzie został przekwalifikowany na prawego obrońcę. Po odejściu na emeryturę Łukasza Piszczka jest pierwszym wyborem selekcjonera reprezentacji Polski na tej pozycji.

Ostatnim głośnym transferem na linii Lech – Legia było odejście Kaspera Hamalainena w połowie sezonu 2015/2016, chociaż formalnie nie przyszedł do Legii bezpośrednio z Lecha. Hamalainen nie mógł się dogadać z władzami „Kolejorza” w sprawie nowej umowy, w związku z czym obie strony doszły do wniosku, że Fin po prostu opuści klub wraz z końcem 2015 roku. Kiedy 11 stycznia 2016 roku przychodził do Legii, był wolnym zawodnikiem.

Gdy po raz pierwszy wrócił do Poznania w barwach Legii, oczywiście nie został przyjęty jak kiedyś Maciej Murawski. Na trybunach odbywał się festiwal bluzgów kibiców Lecha pod adresem Fina. Hamalainen piłkarzem Legii jest do dziś, ale mało prawdopodobne, żeby zagrał w dzisiejszym klasyku. Fin w obecnym sezonie nie ma na koncie ani jednej asysty bądź gola.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze