ŁKS Łódź zremisował 0:0 z Lechią Gdańsk. Goście od 38. minuty grali w dziesiątkę, po dwóch żółtych kartkach Andriuskeviciusa.
Mecz ŁKS-u z Lechią był przede wszystkim starciem dwóch ekip walczących o utrzymanie. W lepszej sytuacji znajdowali się piłkarze z Gdańska, nie tylko dlatego, że ich drużyna plasowała się wyżej w tabeli. Spokojnie przepracowana zima, brak problemów finansowych i doświadczony trener stawiały Lechię na lepszej pozycji. W ostatniej kolejce łódzka drużyna przegrała u siebie z aspirującą o najwyższe cele Polonią Warszawa. Podopieczni Pawła Janasa natomiast zremisowali na wyjeździe z Cracovią, tracąc bramkę w ostatnich minutach. Faworytem byli przyjezdni, lecz patrząc na skład obu zespołów, zapowiadał się wyrównany mecz.

ŁKS chciał zaskoczyć przeciwników już samym ustawieniem. Prawdopodobnie za wybór takiej taktyki odpowiedzialny był Piotr Świerczewski. Marek Saganowski, który zwykle występuje na szpicy, tym razem zagrał za plecami Marcina Mięciela. Pierwsze minuty to wyrównana walka obu zespołów. Vytautas Andriuskevicius, który nie zagrał tydzień temu za nadmiar żółtych kartek, już na początku spotkania ostro zaatakował Wojciecha Łobodzińskiego, za co zobaczył kolejny kartonik tego koloru. Sygnał do ataku Lechii dał najlepszy strzelec tego zespołu, Piotr Wiśniewski. Niedokładne podania i wrzutki, które nie dochodziły do adresata, czy nieefektywne wybicia piłki w przód królowały w początkowej fazie gry. W 13. minucie pierwszym dobrym dośrodkowaniem popisał się Łobodziński, ale źle uderzył głową Marcin Mięciel. Chwilę później Piotr Grzelczak zagrał do Wiśniewskiego, a ten bez namysłu mocno strzelił, jednak nad poprzeczką. Obrońcy ŁKS-u starali się pieczołowicie pilnować Abdou Razacka Traore, a ten co jakiś czas dawał się we znaki. Zawodnik ten, choć nie przepracował całej zimowej przerwy z zespołem, prezentował się całkiem nieźle.
Po dwudziestu minutach mieliśmy tylko jeden celny strzał na bramkę. Lechia częściej była przy piłce, a ŁKS po przechwycie starał się szybko przenosić pod bramkę przeciwnika. Dużą ochotę do gry zgłaszał Łobodziński, którego zabrakło w spotkaniu z Polonią Warszawa. Gospodarze dużo biegali, nie oszczędzając sił, jakby zapomnieli, że w ostatniej kolejce to właśnie słabe przygotowanie fizyczne przeszkodziło w nawiązaniu walki ze stołecznym klubem. Przebieg gry się nie zmieniał, a czas upływał. Można było się dziwić ekipie Pawła Janasa, że w drugim spotkaniu z teoretycznie słabszym przeciwnikiem nie narzucała tempa gry, grając asekuracyjnie. W 38. minucie Andriuskevicius dostał drugą żółtą kartkę, osłabiając swój zespół. Decyzję sędziego można uznać za kontrowersyjną. Taki obrót sprawy dodał wiatru w żagle gospodarzom. Zwycięstwo po 116 dniach znacznie się przybliżyło. Do pierwszej połowy świetnie pasowało jedno słowo, chaos.












