Pierwszy punkt trenera Świerczewskiego


24 lutego 2012 Pierwszy punkt trenera Świerczewskiego

ŁKS Łódź zremisował 0:0 z Lechią Gdańsk. Goście od 38. minuty grali w dziesiątkę, po dwóch żółtych kartkach Andriuskeviciusa.


Udostępnij na Udostępnij na

Mecz ŁKS-u z Lechią był przede wszystkim starciem dwóch ekip walczących o utrzymanie. W lepszej sytuacji znajdowali się piłkarze z Gdańska, nie tylko dlatego, że ich drużyna plasowała się wyżej w tabeli. Spokojnie przepracowana zima, brak problemów finansowych i doświadczony trener stawiały Lechię na lepszej pozycji. W ostatniej kolejce łódzka drużyna przegrała u siebie z aspirującą o najwyższe cele Polonią Warszawa. Podopieczni Pawła Janasa natomiast zremisowali na wyjeździe z Cracovią, tracąc bramkę w ostatnich minutach. Faworytem byli przyjezdni, lecz patrząc na skład obu zespołów, zapowiadał się wyrównany mecz.

Wojciech Łobodziński w dobrym stylu powrócił na boiska ekstraklasy
Wojciech Łobodziński w dobrym stylu powrócił na boiska ekstraklasy (fot. Hanna Urbaniak / iGol.pl)

ŁKS chciał zaskoczyć przeciwników już samym ustawieniem. Prawdopodobnie za wybór takiej taktyki odpowiedzialny był Piotr Świerczewski. Marek Saganowski, który zwykle występuje na szpicy, tym razem zagrał za plecami Marcina Mięciela. Pierwsze minuty to wyrównana walka obu zespołów. Vytautas Andriuskevicius, który nie zagrał tydzień temu za nadmiar żółtych kartek, już na początku spotkania ostro zaatakował Wojciecha Łobodzińskiego, za co zobaczył kolejny kartonik tego koloru. Sygnał do ataku Lechii dał najlepszy strzelec tego zespołu, Piotr Wiśniewski. Niedokładne podania i wrzutki, które nie dochodziły do adresata, czy nieefektywne wybicia piłki w przód królowały w początkowej fazie gry. W 13. minucie pierwszym dobrym dośrodkowaniem popisał się Łobodziński, ale źle uderzył głową Marcin Mięciel. Chwilę później Piotr Grzelczak zagrał do Wiśniewskiego, a ten bez namysłu mocno strzelił, jednak nad poprzeczką. Obrońcy ŁKS-u starali się pieczołowicie pilnować Abdou Razacka Traore, a ten co jakiś czas dawał się we znaki. Zawodnik ten, choć nie przepracował całej zimowej przerwy z zespołem, prezentował się całkiem nieźle.

Po dwudziestu minutach mieliśmy tylko jeden celny strzał na bramkę. Lechia częściej była przy piłce, a ŁKS po przechwycie starał się szybko przenosić pod bramkę przeciwnika. Dużą ochotę do gry zgłaszał Łobodziński, którego zabrakło w spotkaniu z Polonią Warszawa. Gospodarze dużo biegali, nie oszczędzając sił, jakby zapomnieli, że w ostatniej kolejce to właśnie słabe przygotowanie fizyczne przeszkodziło w nawiązaniu walki ze stołecznym klubem. Przebieg gry się nie zmieniał, a czas upływał. Można było się dziwić ekipie Pawła Janasa, że w drugim spotkaniu z teoretycznie słabszym przeciwnikiem nie narzucała tempa gry, grając asekuracyjnie. W 38. minucie Andriuskevicius dostał drugą żółtą kartkę, osłabiając swój zespół. Decyzję sędziego można uznać za kontrowersyjną. Taki obrót sprawy dodał wiatru w żagle gospodarzom. Zwycięstwo po 116 dniach znacznie się przybliżyło. Do pierwszej połowy świetnie pasowało jedno słowo, chaos.

Wojciech Pawłowski był zdecydowanie najlepszym graczem Lechii
Wojciech Pawłowski był zdecydowanie najlepszym graczem Lechii (fot. Rafał Rusek /igol.pl)

Druga połowa zaczęła się od ataków gospodarzy. Robert Szczot rozegrał piłkę z Maciejem Iwańskim, ten pierwszy dorzucił w pole karne. Najwyżej wyskoczył Marcin Mięciel, ale świetną interwencją popisał się Wojciech Pawłowski. Młody bramkarz właśnie takimi paradami zwrócił na siebie uwagę zachodnich klubów. ŁKS, grając w przewadze, zwietrzył szanse na komplet punktów. Drużyna Janasa znajdowała się w nieciekawej sytuacji. Skrzydła łodzian spisywały się całkiem nieźle. Zarówno Szczot, jak i również Łobodziński uczestniczyli w prawie każdej akcji.

Lechia była zmuszona do cofnięcia się, a za najlepsze rozwiązanie należało uznać grę z kontry. Świerczewski zdecydował się na bardziej ofensywną taktykę i ściągnął z boiska Artura Gieragę, wpuszczając za niego Pawła Sasina. Duże wrażenie zrobił Marek Saganowski, dla którego nie było straconych piłek. W 66. minucie chwila dekoncentracji gospodarzy mogła skończyć się bramką dla Lechii. Mocno zza pola karnego uderzył Marko Bajić, ale piłka poszybowała nad poprzeczką. Była to jedna z nielicznych okazji gdańszczan do zdobycia gola. Pięć minut później główną postacią znów był Łobodziński. Prawy pomocnik minął dwóch obrońców Lechii i strzelił zza pola karnego. Piłka przeleciała tuż obok dalszego słupka. Po chwili dobrą akcję przeprowadził Wiśniewski, ostro wrzucając piłkę w pole karne. Niewiele brakowało, a Traore zdobyłby bramkę szczupakiem. Spotkanie wreszcie nabrało nieco rumieńców. Szkoda, że dopiero kwadrans przed końcem. Paweł Sasin dał dobrą zmianę, często włączając się skrzydłem. Dzięki takiej akcji okazję miał Saganowski, ale sędzia odgwizdał spalonego. Po raz kolejny dobrze spisał się młody bramkarz Lechii. ŁKS postawił wszystko na jedną kartę, co chwila stwarzając sobie dogodne sytuacje. Lechia zdołała dowieźć remis, głównie dzięki dobrej postawie Pawłowskiego.

Komentarze
~ja1 (gość) - 14 lat temu

ten mecz był dramatyczny

~encorn (gość) - 14 lat temu

to jest śmieszne co prezentowała lechia

Najnowsze