Lechia po 21 latach wygrała z Zagłębiem po niezbyt ciekawym spotkaniu rozgrywanym na stadionie przy Traugutta. Zagłębie przegrało pierwszy mecz, odkąd szkoleniowcem w Lubinie został Franciszek Smuda.
Obie drużyny przystąpiły do tego spotkania z dwoma napastnikami w ataku. Do osamotnionego w ofensywie Lechii w poprzednich meczach Lukjanovsa dołączył Andrzej Rybski. W napadzie Zagłębia tradycyjnie dwójka Traore – Micański. Na braki kadrowe narzekał przed meczem trener Tomasz Kafarski, który nie mógł skorzystać z usług Cvirika, Piątka i Kasperkiewicza, natomiast dotychczasowego bramkarza numer jeden, czyli Mateusza Bąka, zastąpił między słupkami Paweł Kapsa. W składzie Lechistów wystąpił były gracz Zagłębia, Jacek Manuszewski, który był zawodnikiem „Miedziowych” aż osiem sezonów. Nie za bardzo można odnieść się do poprzedniego meczu tych drużyn, ponieważ ostatni raz Lechia grała z Zagłębiem 21 lat temu. Warto jednak wspomnieć, że Franciszek Smuda ma patent na zespół z Pomorza. W zeszłym sezonie kiedy „Franz” był jeszcze trenerem Lecha Poznań dwukrotnie pokonał Lechię, nie tracąc bramki (3:0 i 1:0).

W pierwszej połowie sytuacji podbramkowych było jak na lekarstwo. Łącznie zawodnicy Lechii i Zagłębia oddali trzy strzały w światło bramki, ale żadnego z nich nie można nazwać groźnym. Można powiedzieć, że Lechia przeważała w pierwszej części, ale tylko ze względu na dłuższy czas posiadania piłki przez podopiecznych Tomasz Kafarskiego. Solidnie w obronie zagrała drużyna gości. „Miedziowi” nie pozwalali gospodarzom na wdarcie się w swoje pole karne. Warto napomknąć, że świetnie dzisiejsze zawody sędziował Marcin Szulc, który widział dokładnie wszystko, co działo się na placu gry i słusznie odgwizdywał sporne sytuacje.
Po bezbarwnej pierwszej części, druga zaczęła się głośnym dopingiem kibiców Lechii. Gdańszczanie przeważali już do końca meczu. Momentami przewaga gospodarzy była miażdżąca. Zagłębie nie mogło dojść do głosu. Przyjezdni ograniczali się do obrony groźnych akcji coraz chętniej atakującej Lechii. W 74. minucie futbolówka wpadła do siatki Pawła Kapsy, ale sędzia dopatrzył się faulu Costy i gol nie został uznany.
Podopieczni Tomasza Kafarskiego długo starali się swoją przewagę udokumentować golem. Ta sztuka udała się dopiero w 89. minucie. Piłkę z lewej strony boiska dośrodkował Marcin Kaczmarek, a do własnej bramki trafił Tomasz Łabędzki naciskany przez Ivansa Lukjanovsa. Na koniec emocje poniosły Piotra Świerczewskiego, który bezpardonowo zaatakował łokciem Lukjanovsa, za co otrzymał czerwoną kartkę.
Nie potwierdził się rzekomy patent Smudy na gdańską drużynę. Lechia przerwała złą passę 56 dni bez zwycięstwa na swoim stadionie i pokonała beniaminka z Lubina.











