Wisła Kraków pokonała na własnym stadionie Lecha Poznań i niemal przypieczętowała tytuł mistrzowski. Mecz stał jednak na wyjątkowo słabym poziomie i nie był godny tak wielkiej stawki. Lech abdykował, a Wisła może czuć się futbolową królową Polski.

Mecz Wisły z Lechem był przedstawiany jako absolutny hit 26. kolejki Ekstraklasy. To spotkanie mogło rozstrzygnąć losy mistrzostwa i mocno oddalić poznaniaków od europejskich pucharów. Jak przystało na pretendenta do tytułu, wiślacy przeważali od pierwszych minut. Największe zagrożenie pod bramką „Kolejorza” stwarzał dynamiczny Patryk Małecki, dwukrotnie poznańskich kibiców przestraszył również Genkow. W 20. minucie Bułgar upadł w polu karnym i wydawało się, że sędzia podyktuje rzut karny. Tak się jednak nie stało, a powtórki pokazały, że arbiter w tej sytuacji się nie pomylił.
Pierwsze pół godziny gry raczej rozczarowało. Wisła starała się rozmontować defensywę Lecha, często atakując skrzydłami, lecz poznaniacy ustawili zasieki na własnej połowie, które były bardzo trudne do sforsowania. Lech nie był w stanie nawet groźnie skontrować, bo niemal każda próba szybkiego wyjścia była skutecznie stopowana przez Cezarego Wilka czy Radosława Sobolewskiego.

Ostatni kwadrans pierwszej części spotkania stał pod znakiem naporu Wisły. Wciąż najgroźniejsi byli Genkow i Małecki, natomiast w Lechu na uwagę zasłużył jedynie Hubert Wołąkiewicz, który pomylił piłkę nożną z piłką ręczną, za co sędzia wynagrodził go żółtą kartką. Jednak pierwsza odsłona spotkania stała pod znakiem wielu fauli i donośnych gwizdów, jakimi fani uraczyli swoich pupili.
W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. „Biała Gwiazda” wciąż atakowała, a Lech skupił się na defensywie. Poznaniakom na pewno nie pomogło zejście Artjomsa Rudnevsa, który w ostatnich sekundach pierwszej części meczu opuścił boisko. Pierwsza groźna akcja po przerwie miała miejsce dopiero w 61. minucie. Andraz Kirm nie skorzystał jednak z prezentu, jaki sprawił mu Manuel Arboleda, który popełnił poważny błąd. Później bramkę Kotorowskiego ostrzeliwali jeszcze Małecki i ponownie Kirm, szczęście było jednak po stronie Lecha.












