Mimo słabego początku spotkania obejrzeliśmy kapitalne widowisko. Pierwsza połowa do zapomnienia, za to druga… To mogło się podobać! Powrót z dalekiej podróży Śląska, który potrafił dźwignąć się z wyniku 0:2 na 3:2. Wielki mecz Mili i Traore, którzy zdobyli po dwie bramki dla swoich drużyn.
Obie drużyny wyszły na to spotkanie w takim samym ustawieniu 4-2-3-1. Trener Kaczmarek wyszedł z założenia, że zwycięskiego składu się nie zmienia, i od pierwszej minuty oglądaliśmy identyczny skład, który zwyciężył z Jagiellonią. Do jednej korekty zmusiła Stanislava Levy’ego choroba Dalibora Stevanovicia, którego zastąpił w środku pola Rok Elsner.

Pierwszy sygnał do ataku dał w 2. minucie Przemysław Kaźmierczak, ale jego strzał z rzutu wolnego spokojnie wyłapał Kaniecki. Od pierwszych minut spotkania nieźle wyglądał Śląsk, który zmusił Lechię do gry z kontrataku. Gospodarze grali chaotycznie, notowali sporo strat nawet przy rozpoczynaniu akcji na własnej połowie. 13. minuta przyniosła pierwsze poważne zagrożenie pod bramką gości – silne uderzenie Surmy niepewnie obronił Kelemen, ale przy dobitce Traore popisał się dobrą grą nogami. Chwilę później z odsieczą bramkarzowi Śląska przyszedł… Ricardinho, który zablokował strzał Janickiego.
Sprawdziły się moje przedmeczowe przewidywania – w ekipie gdańszczan wyróżniał się osamotniony napastnik Razack Traore, a cała gra ofensywna gości zależała od Sebastiana Mili. W 23. minucie niefrasobliwość Wiśniewskiego wykorzystał Elsner, przejął piłkę na 30. metrze od bramki rywali, dograł do Ćwielonga, którego uprzedził wyjściem z bramki Kaniecki. Kolejny fragment gry był usypiający, bo jeśli wcześniej chaotyczna była gra Lechii, tak od około 25. minuty do gry gospodarzy dostosowali się goście i nie oglądaliśmy żadnych składnych akcji. I gdy wszyscy myśleli, że bez bramek dotrwamy do końca pierwszej połowy, beznadziejnie we własnym polu karnym zachował się Kaźmierczak, który mocnym kopniakiem powalił z nóg aktywnego Traore. Sam poszkodowany podszedł do wykonania rzutu karnego i pewnie pokonał Kelemena.
Bez wątpienie najsłabszą postacią pierwszej połowy był Przemysław Kaźmierczak, który poza sprokurowaną „jedenastką” był bardzo niewidoczny. Za to oprócz wspomnianych Traore i Mili warto pochwalić lewych obrońców – Piotra Brożka i Patrika Mraza. A jak nazwać jednym słowem pierwszą część meczu? Kopanina, ot tyle.












