W ostatnim meczu 4. serii spotkań T-Mobile Ekstraklasy Lech Poznań wygrał na wyjeździe z PGE GKS-em Bełchatów 1:0. Bełchatowianie są jak na razie jedyną drużyną w T-Mobile Ekstraklasie, która nie ma na koncie choćby jednego punktu.
W pierwszych minutach spotkania to gospodarze byli częściej przy piłce, Lech zaś nie zakładał wysokiego pressingu i starał się kontratakować. Jako pierwsi dwie okazje mieli bełchatowianie, jednak najpierw strzał Kamila Kosowskiego został zablokowany, a chwilę później Kamil Wacławczyk nie trafił w bramkę. Lech odpowiedział w 8. minucie. Podopieczni Mariusza Rumaka przeprowadzili bardzo ładną akcję, grając z pierwszej piłki. Ostatnim zawodnikiem, który dopadł do futbolówki, był boczny obrońca Kebba Ceesay, jednak jego mierzony strzał minął o kilkanaście centymetrów poprzeczkę bramki strzeżonej przez Adama Stachowiaka.

W 18. minucie spotkania w bardzo dobrej sytuacji sam na sam z bramkarzem znalazł się Miroslav Bożok, jednak były gracz Arki Gdynia uderzył na siłę i obił słupek bramki bezradnego Jasmina Buricia, po czym sytuację wyjaśnił Ceesay, wybijając futbolówkę jak najdalej od własnego pola karnego.
W kolejnych minutach spotkanie było dość nudne, za czym przemawiał fakt, że Lech Poznań oddał swój pierwszy celny strzał dopiero w 30. minucie meczu.
Mimo dobrego początku rywalizacji gracze PGE GKS-u Bełchatów pozwalali piłkarzom „Kolejorza” na zbyt wiele, przez co Gergo Lovrencsics oraz Aleksandar Tonew mieli kilka dobrych okazji na dogranie futbolówki w pole karne.
Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. PGE GKS walczył dzielnie, Lech Poznań zaś nie trafił z taktyką.
Już po pięciu minutach drugiej połowy poznański Lech mógł wyjść na prowadzenie. Z rzutu wolnego zagrywał węgierski skrzydłowy Gergo Lovrencsics, piłka odbiła się od nóg Kamińskiego i powędrowała w okolice linii bramkowej, jednak po chwili jeden z zawodników „Brunatnych” wybił futbolówkę, zażegnując tym samym niebezpieczeństwo.
Siedem minut później podobną sytuację mieli gospodarze, jednak podobnie jak zawodnicy Lecha Poznań jej nie wykorzystali. Piłka po zamieszaniu w polu karnym trafiła na 18. metr do Kamila Wacławczyka, jednak ten uderzył nad bramką.
W 60. minucie meczu wprowadzony do gry Paweł Buzała znalazł się dość przypadkowo w sytuacji sam na sam, jednak nie zachował zimnej krwi i uderzył wprost w interweniującego Buricia.












