Każdy klasowy przeciwnik zadaje cios, który przygotowuje do zadania kolejnych. Atak, atak, atak i w końcu nokaut. Niestety Pep Guardiola dał się wciągnąć w tę serię i wszystko wskazuje na to, że jeśli w niej pozostanie – wyjdzie z ringu, ale na noszach. Pierwszy nokdaun w Lidze Mistrzów doprowadził do poważnego uszczerbku na zdrowiu, a drugi, który za chwilę może nadejść, zakończy walkę. Pep! Pięć, cztery, trzy…
Widownia czeka na jakąkolwiek reakcję, podczas gdy poszkodowany Manchester City zaczyna sobie przypominać, że „to już kiedyś było”. Co prawda z innym przeciwnikiem, ale w podobnych okolicznościach i również w krótkim odstępie czasu na dwóch kluczowych frontach. Kiedy? Niedawno, bo w 2018 roku i to z aktualnie głównym rywalem w walce o mistrzostwo, czyli Liverpoolem. Wtedy los dla „Obywateli” był brutalny, bo przyniósł aż trzy porażki (dwie w ćwierćfinale LM). Stąd pojawia się pytanie: historia zatoczy koło?
Guardiola posiada poważną skazę?
W marcu tego roku pewien madrycki klub padł ofiarą czegoś, co teraz nieuchronnie zbliża się pod mury Etihad Stadium. To prawdziwa seryjna zaraza, która w kilka chwil potrafi wywołać prawdziwą katastrofę. Jeżeli Guardiola wraz ze swoim zespołem nie zdąży zareagować na czas, jej skutki w postaci odpadnięcia z walki o dwa najważniejsze trofea staną się nieodwracalnym faktem. W przypadku Realu Madryt zabójcze widmo przybrało postać Barcelony, a tutaj za rolę niszczyciela marzeń odpowiada Tottenham.
Gdy cofniemy się w czasie i przypomnimy sobie feralne porażki City z „The Reds”, odnotujemy ewidentną analogię. Polega ona na tym, że postać hiszpańskiego wizjonera nie radzi sobie z natłokiem starć przeciwko jednemu klasowemu rywalowi. Zeszłoroczne starcia z Liverpoolem doskonale to pokazują: najpierw przegrana 3:4 w lidze, a potem 0:3 i 1:2 w Lidze Mistrzów. I o ile wtedy wynik ligowego spotkania nie był tak bolesny w skutkach, o tyle od meczu z Tottenhamem zależy właściwie wszystko.











