Poznański Lech zremisował na własnym boisku ze Śląskiem 2:2. Najlepszymi aktorami tego widowiska byli bez wątpienia niezmordowany Siergiej Kriwiec i ostatnio niezawodny Sebastian Mila.
Mimo tego, że Śląsk Wrocław nie przegrał jeszcze za kadencji Oresta Lenczyka, nie przystępował do meczu jako faworyt. Większość bukmacherów przed meczem zgodnie przewidywała minimalne zwycięstwo poznańskiego Lecha.

W pierwszych minutach spotkania piłka znajdowała się głównie na połowie Lecha, jednak zawodnicy z Wrocławia dobrze budowali akcje jedynie do 20. metra od bramki, nie wiedząc co mają zrobić później. Wrocławianie grali bardzo wysokim pressingiem, dlatego zawodnicy „Kolejorza” mieli bardzo duży problem z wyprowadzeniem akcji. Pierwszą dobrą sytuację w 12. minucie miał Lech. Jakub Wilk bardzo dobrze dośrodkował z głębi pola, jednak Vojo Ubiparip nie zdołał dojść do piłki zagranej przez wcześniej wspomnianego Wilka. Drugi kwadrans rozpoczął się nieco pod dyktando Lecha, który na kilka minut zamknął zespół Oresta Lenczyka na własnej połowie boiska. Mimo tego Śląsk wyprowadził kontrę, która dała rzut karny. Pomyłka arbitra, Huberta Siejewicza, pomogła drużynie Śląska, bowiem Łukasz Gikiewicz faulowany był przed polem karnym, zaś sędzia wskazał na „wapno”. Jedenastkę pewnie zamienił na bramkę kapitan zespołu z Wrocławia, Sebastian Mila.
Na odwet gospodarzy nie trzeba było długo czekać. Niespełna dziesięć minut po stracie bramki wyrównał po przepięknej akcji Siergiej Kriwiec. Marcin Kikut dośrodkował podobnie jak Jakub Wilk na początku meczu, jednak tym razem dokładnie, futbolówkę bez przyjęcia odegrał do Kriwca Vojo Ubiparip, a Białorusin oko w oko z Marianem Kelemenem huknął do siatki bez większych problemów.
Na pięć minut przed końcem pierwszej połowy Lech Poznań zdobył drugą bramkę. Najpierw atomowym strzałem z 25 metrów popisał się Hubert Wołąkiewicz, piłka trafiła w poprzeczkę, a zamieszanie w polu karnym wykorzystał Ubiparip, który z najbliższej odległości, wolejem, uderzył niemal do pustej bramki. Do przerwy wynik nie uległ zmianie i Lech prowadził już ze Śląskiem 2:1.
Druga połowa rozpoczęła się od ataków Lecha, jednak groźnej sytuacji na samym początku nie wykorzystał aktywny Ubiparip. W 52. minucie Dariusz Sztylka wykorzystał niefortunne wybicie główką po rzucie rożnym zawodnika Lecha, uderzając bez przyjęcia zza pola karnego w bramkę bezradnego Krzysztofa Kotorowskiego. Kolejne minuty to zdecydowana przewaga Śląska. Swoje sytuacje mieli Waldemar Sobota oraz Łukasz Madej, jednak piłka dwukrotnie obijała się o słupek bramki „Kolejorza”. Warto odnotować też zdenerwowanie Semira Stilicia, który nie podziękował po zejściu z boiska za grę swojemu trenerowi, lecz lekceważąco poszedł do szatni. Najlepszą sytuację w drugiej połowie dla Lecha miał Tomasz Mikołajczak. Zawodnik, który jeszcze nie tak dawno nie mieścił się w składzie Polonii Bytom, dziś nie dał złej zmiany, a jego mocny strzał po ziemi, po indywidualnej akcji przysporzył sporo problemów Marianowi Kelemenowi. Na chwilę przed końcem meczu z boiska wyleciał za kopnięcie rywala Hubert Wołąkiewicz. Mimo presji kibiców i zawodników sędzia Siejewicz nie zawahał się ani na chwilę i ukarał zawodnika czerwoną kartką. Mecz zakończył się remisem 2:2, ze wskazaniem na gości.











