Dzisiejsza „Angielska herbatka” w nietypowej formie. Zajmiemy się tym razem nie jednym konkretnym tematem, ale spróbujemy chwycić za gardziel całą bestię, która dostarczała nam przecież tylu emocji od soboty aż do poniedziałku wieczorem. Zapnijcie więc pasy, startuje bowiem F16 ostemplowane godłem jakości Barclays Premier League.
Tchnienie numer 1: Pandemonium na Stamford Bridge.
Pomstowali na Roberto, że się nie sprawdził, że brakło mu charyzmy, autorytetu. Zarzucano mu, iż nigdy nie wszedł na wyższy poziom bycia „bossem”, że na zawsze pozostał tylko „Robbiem”. A może to była właśnie jego siła, jego charyzma? Może w klubie takim jak Chelsea potrzeba czegoś więcej niż zamordyzm rodem z ZSRR, jaki starał się wprowadzić Andre Villas-Boas, próbując eliminować co ważniejsze figury na szachownicy Stamford Bridge?
Roberto Di Matteo (fot. Skysports.com)
Śmiem twierdzić, iż największą zaletą RDM (oprócz szeregu innych oczywiście) był właśnie jego rodowód, czyli to, że pozostał na zawsze chłopakiem noszącym Chelsea w swoim włoskim sercu. Zapaść „The Blues” nastąpiła niespodziewanie, tak samo niespodziewanie mogłaby odejść precz. Piłka jest tak nieprzewidywalnym sportem, iż murawa weryfikuje wszystko, choćby na papierze było tip-top. RDM odszedł z klasą, człowiek to o wielkiej kulturze osobistej i niekopiący wilczych dołów wokół swoich antagonistów. A Rafa?
Po pierwsze szkolnym błędem było zatrudnienie trenera tylko do końca sezonu. Większość graczy patrzy na Beniteza jak na menedżera tymczasowego, któremu car Roman i tak w maju powie adios, więc po co się tutaj starać? Jaki sens wypluwać płuca, skoro i tak wraz z nowym sezonem przyjdzie nowy boss i trzeba będzie budować własną renomę od nowa? Po drugie karygodne było zatrudnienie człowieka, który ma tak fatalne notowania w Londynie, że nawet polityczni mistrzowie czarnego PR by tego lepiej nie wymyślili. Jak zatem Abramowicz mógł myśleć, że oddani fani, których serca pompują niebieską krew, zaakceptują kogoś takiego? Po trzecie, wreszcie ostatnie, ja Benitezowi po prostu nie ufam. Nie widzę w jego oczach błysku, który miał Mourinho, który miał Di Matteo, który ma Ferguson. Jak tak dalej pójdzie, to rewitalizacja Chelsea pod egidą Rafy zakończy się jedną wielką grecką tragedią. Na razie jest fatalnie. Punkt w trzech meczach ligowych, jedna strzelona bramka. Zamienił stryjek (Roman) siekierkę na kijek.
Idą święta, będziemy jeść karpie. Dawniej, w troszkę mniej cywilizowanych czasach sygnowanych godłem PRL, biedne ryby nie były traktowane humanitarnym (względnie) prądem na stoiskach w centrach handlowych, ale zwyczajnym młotkiem w domowym zaciszu. Czasy się zmieniły, młotki powróciły do swojego pierwotnego zastosowania, czyli wbijania gwoździ oraz …. przeciwników w murawę. Tak, panie i panowie. West Ham wrócił z hukiem do elity angielskiej piłki i nie wydaje się, aby chłopcy z Upton Park mieli zamiar zwolnić. Sam Allardyce mierzy 191 centymetrów wzrostu, a podczas swojej kariery zawodniczej był twardym stoperem, który straszył przeciwników znakomitą kondycją, siła fizyczną, a także kwadratową szczęką, włosami a’la Luke Skywalker i wąsami niczym z akcji „Movember”. Dzisiaj nic nie stracił ze swej werwy. To typowy produkt oldschoolowej angielskiej piłki, hołdującej fizyczności i żelaznym płucom.
Taki też jest styl gry, preferowany przez drużyny „Big Sama”, jak zwykło nazywać się Allardyce’a na Wyspach. Angielski menedżer uwielbia grać z jednym, rosłym napadziorem, który musi umieć grać tyłem do bramki oraz przede wszystkim głową, aby zgrywać piłkę do wchodzących pomocników i skrzydłowych. Piłka ta jest prosta jak konstrukcja cepa, odrzucająca kanony współczesnego futbolu wynoszącego na piedestał „hiszpańską” wymienność pozycji oraz nieskończoną ilość krótkich podań wywołujących torsje u oponentów. „Big Sam” nie lubi nowinek, upraszcza więc grę, jak może, piłka ma być przerzucana jak najszybciej do przodu. Niektórym się to podoba, inni krzywią się na taką grę, ale jedno jest pewne. WHU, zachowując oczywiście proporcje (bo to beniaminek), gra w tym sezonie wyśmienicie. Trafił mu się oczywiście gorszy okres (ale komuż się nie trafia?), jednak po porażkach z United i Tottenhamem przyszła pora na vendettę i zjedzenie żywcem biednej Chelsea zdezorientowanego Rafy Beniteza, który przed meczami nuci sobie chyba jeszcze z sentymentu pod nosem „You’ll never walk alone..”. Tymczasem na Upton Park pod samo niebo lecą te piękne bańki mydlane, wysoko i coraz wyżej…
Tchnienie numer 3: Co z tym „Lewym”, co z tą defensywą?
Sam Allardyce (fot. skysports.com)
Miałem okazję pisać relację z meczu Reading – United zakończoną zwycięstwem gości 4:3. Minęło parę dni, a ja w dalszym ciągu nie umiem się do niego ustosunkować. Kanonada goli, festiwal błędów w defensywie. Słowem: absurdalne spotkanie noszące znamiona meczu hokejowego, a nie piłki na najwyższym poziomie. W 34. minucie meczu było już 4:3, spodziewałem się więc, że padnie może i 15 goli. A tu klops, obie drużyny wyszły na drugą połowę, jakby zjadły w przerwie porządny obiad – taki z zupą, drugim daniem, dokładką i dodatkowo deserem. Nie wiem, jaki terror psychiczny wymyślił swoim graczom na przerwę sir Alex, ale musiało być gorąco. Kwintesencją defensywnej gry „Czerwonych Diabłów” była mina Rafaela, którego beznadziejną dyspozycję tego dnia Ferguson skwitował zmianą już po pół godzinie gry. Do dziś się zastanawiam, czy jego łzy w oczach wynikały z tego, iż został zdjęty z boiska, czy może wyobrażał sobie reakcję szkockiego szkoleniowca w przerwie meczu?
Jedno jest pewne. Jeśli Vidić nie wróci do formy, United powinno rozejrzeć się za nowym, dobrym stoperem. Evans jest solidny, ale to nie ta półka, w której niegdyś mieścili się Rio i w optymalnej dyspozycji Vidić. Phil Jones to melodia przyszłości, a przeszkodą może być jego uniwersalność, oglądaliśmy go już bowiem chyba na każdej pozycji na boisku oprócz skrzydeł i ataku. Wszyscy lamentowali zatem nad kondycją manchesterskiej defensywy, aż tu gruchnęła jak grom z jasnego nieba wiadomość, że Manchester United zakontraktował Roberta Lewandowskiego.
Robert Lewandowski (fot. SkySports.com)
Kibicuję mu nie tylko dlatego, że to Polak, ale po prostu dlatego, że dobry to piłkarz i obiektywnie zasługuje na to, żeby zrobić krok dalej w swojej sportowej karierze. Z całym szacunkiem i niekłamanym podziwem dla klasy drużyny z Dortmundu, ale mimo wszystko rynek angielski daje więcej możliwości niż ten niemiecki. Anglia to pułap najwyższy, ziemia obiecana każdego kopacza. Jeśli to prawda, że reprezentant Polski będzie grał od przyszłego sezonu w BPL, nasuwa się od razu drugie pytanie. Czy Lewandowski się tam sprawdzi? O pewnych rzeczach decydują niuanse, dlatego nie ma sensu się tutaj na ten temat rozpisywać, ale ufajmy, że doczekamy się polskiej gwiazdy w Premier League. Gdybym był jednak menedżerem klubu z czerwonej części Manchesteru, zamiast rozmyślać nad dodatkami do ataku marzeń, próbowałbym wyrwać któregoś z czołowych młodych stoperów Europy, a jest ich trochę. Kopiuj wklej listy życzeń z Football Managera: Hummels, Sakho, Zouma, N’Koulou, Kirchoff i tak dalej, i tak dalej…
Tchnienie numer 4: Michu, czyli „Łabędź” szybujący wyjątkowo wysoko.
Chłopak nie przestaje mnie zaskakiwać. Miguel Perez Cuesta, bo takie jest pełne nazwisko tego ofensywnego pomocnika, przebojem wdarł się na usta wszystkich miłośników Premier League. Nie mogę napisać, że przybył znikąd, ale piłkarz, który w 15 pierwszych kolejkach BPL strzela 10 bramek, zazwyczaj nie przychodzi z Rayo za 2,5 miliona funtów, ale np. z Bayernu za 20 dużych baniek. Hiszpańska supernova rozbłysła na angielskim nieboskłonie, kradnąc blask innym gwiazdom, znacznie większym oraz bardziej uznanym.
Graham, Michu, Swansea City (fot. Skysports.com)
Swansea zajmuje wysokie, siódme miejsce, a swoją pozycję zawdzięcza przede wszystkim trójce ludzi. Brendanowi Rodgersowi, bo nauczył ich grać tak, jak grają, czyli efektownie i efektywnie. Michaelowi Laudrupowi, bo kontynuował jego dzieło, zmieniając jedynie detale i łatając dziury po odejściu piłkarzy, w tym Scotta Sinclaira (i na co mu było odchodzić?). Trzecim człowiekiem, któremu ludzie ze Swansea powinni postawić pomnik, jest oczywiście bohater tegoż akapitu, czyli Michu, nasz toreador z Oviedo. Jest stosunkowo młody, ma 26 lat. Nie jest to wiek juniorski, ale starczy, żeby zrobić wielką karierę.
Mam jedną smutną wiadomość dla fanów „Łabędzi” i Hiszpana. Jeśli piłkarz ten utrzyma swoją obecną formę, nie będziecie go raczej oglądać w przyszłym sezonie na Liberty Stadium. Chociaż kto to wie, może Laudrup i spółka stworzą razem coś wielkiego? Ostatnio na rozkładzie mają remis z „The Reds”, poćwiartowanie WBA oraz rozszarpanie w końcówce meczu „Kanonierów”. Zwłaszcza ostatnia wiktoria robi wrażenie. Dwa gole w końcówce, oba Michu. Jaki spokój, jakież wykończenie, treningowa niemalże psychika, luz oraz zimna kalkulacja. Michu plus jego rodacy z drużyny zapewnili dozgonną miłość ludzi z hrabstwa Swansea do wszystkich Hiszpanów.
Tchnienie numer 5: Czyje akcje poszły w górę?
Będzie króciutko.
Tony Pulis. Za siódme miejsce w tabeli, żelazne bębenki w uszach wytrzymujące doping na Britannia Stadium oraz nadanie ludzkiego oblicza drużynie drwali ze Stoke. Nie grają pięknie, nie mają czarodziejów o latynoskim stylu gry, ale są twardzi i dają radę. No i gigantyczny plus dla Tony’ego Pulisa za skromność. Szacun.
Chris Hughton. Za 16 punktów w ostatnich ośmiu kolejkach bez porażki, za wypuszczenie z klatki swoich „Kanarków” i pokazanie im, że jednak są ptakami i że mogą pięknie latać, a nawet śpiewać. Cenię Hughtona. Cieszę się, że nareszcie mu się wiedzie.
Andre Villas-Boas. Za udowodnienie, iż jednak ma trenerskie cojones i umie dowodzić drużyną w BPL. Trzy ostatnie mecze, dziewięć punktów. Gdyby nie głupi faul Adebayora, różnie się też mogły ułożyć feralne dla Tottenhamu derby z Arsenalem. Dodatkowy plus za wyciągnięcie tego, co najlepsze fabryka dała z Garetha Bale’a oraz Jermaine’a Defoe. Przyznam, że nie wierzyłem z portugalskiego szkoleniowca. Miłe rozczarowanie.
Chelsea nuci sobie przed meczem „You il never walk
alone”? To jakiś żart? CHELSEA?
KM
Kuba Machowina
przeczytaj ze zrozumieniem, tam jest słowo „Rafy”
~
~LoluS
Chyba , że.. ale sens tego zdania jest i tak dziwny.
No ale cóż. Nie mam pytań.
KM
Kuba Machowina
Jest całkiem zrozumiały, nie wiem co tu dziwnego :)
Trzeba jedynie przeczytać ze zrozumieniem :)
pozdrawiam
Dodaj komentarz
Dzisiejsza „Angielska herbatka” w nietypowej formie. Zajmiemy się tym razem nie jednym konkretnym tematem, ale spróbujemy chwycić za gardziel całą bestię, która dostarczała nam przecież tylu emocji od soboty aż do poniedziałku wieczorem. Zapnijcie więc pasy, startuje bowiem F16 ostemplowane godłem jakości Barclays Premier League.
Tchnienie numer 1: Pandemonium na Stamford Bridge.
Pomstowali na Roberto, że się nie sprawdził, że brakło mu charyzmy, autorytetu. Zarzucano mu, iż nigdy nie wszedł na wyższy poziom bycia „bossem”, że na zawsze pozostał tylko „Robbiem”. A może to była właśnie jego siła, jego charyzma? Może w klubie takim jak Chelsea potrzeba czegoś więcej niż zamordyzm rodem z ZSRR, jaki starał się wprowadzić Andre Villas-Boas, próbując eliminować co ważniejsze figury na szachownicy Stamford Bridge?
Roberto Di Matteo (fot. Skysports.com)
Śmiem twierdzić, iż największą zaletą RDM (oprócz szeregu innych oczywiście) był właśnie jego rodowód, czyli to, że pozostał na zawsze chłopakiem noszącym Chelsea w swoim włoskim sercu. Zapaść „The Blues” nastąpiła niespodziewanie, tak samo niespodziewanie mogłaby odejść precz. Piłka jest tak nieprzewidywalnym sportem, iż murawa weryfikuje wszystko, choćby na papierze było tip-top. RDM odszedł z klasą, człowiek to o wielkiej kulturze osobistej i niekopiący wilczych dołów wokół swoich antagonistów. A Rafa?
Po pierwsze szkolnym błędem było zatrudnienie trenera tylko do końca sezonu. Większość graczy patrzy na Beniteza jak na menedżera tymczasowego, któremu car Roman i tak w maju powie adios, więc po co się tutaj starać? Jaki sens wypluwać płuca, skoro i tak wraz z nowym sezonem przyjdzie nowy boss i trzeba będzie budować własną renomę od nowa? Po drugie karygodne było zatrudnienie człowieka, który ma tak fatalne notowania w Londynie, że nawet polityczni mistrzowie czarnego PR by tego lepiej nie wymyślili. Jak zatem Abramowicz mógł myśleć, że oddani fani, których serca pompują niebieską krew, zaakceptują kogoś takiego? Po trzecie, wreszcie ostatnie, ja Benitezowi po prostu nie ufam. Nie widzę w jego oczach błysku, który miał Mourinho, który miał Di Matteo, który ma Ferguson. Jak tak dalej pójdzie, to rewitalizacja Chelsea pod egidą Rafy zakończy się jedną wielką grecką tragedią. Na razie jest fatalnie. Punkt w trzech meczach ligowych, jedna strzelona bramka. Zamienił stryjek (Roman) siekierkę na kijek.
Tchnienie numer 2: Come on You Irons!
rafael benitez (fot. Skysports.com)
Idą święta, będziemy jeść karpie. Dawniej, w troszkę mniej cywilizowanych czasach sygnowanych godłem PRL, biedne ryby nie były traktowane humanitarnym (względnie) prądem na stoiskach w centrach handlowych, ale zwyczajnym młotkiem w domowym zaciszu. Czasy się zmieniły, młotki powróciły do swojego pierwotnego zastosowania, czyli wbijania gwoździ oraz …. przeciwników w murawę. Tak, panie i panowie. West Ham wrócił z hukiem do elity angielskiej piłki i nie wydaje się, aby chłopcy z Upton Park mieli zamiar zwolnić. Sam Allardyce mierzy 191 centymetrów wzrostu, a podczas swojej kariery zawodniczej był twardym stoperem, który straszył przeciwników znakomitą kondycją, siła fizyczną, a także kwadratową szczęką, włosami a’la Luke Skywalker i wąsami niczym z akcji „Movember”. Dzisiaj nic nie stracił ze swej werwy. To typowy produkt oldschoolowej angielskiej piłki, hołdującej fizyczności i żelaznym płucom.
Taki też jest styl gry, preferowany przez drużyny „Big Sama”, jak zwykło nazywać się Allardyce’a na Wyspach. Angielski menedżer uwielbia grać z jednym, rosłym napadziorem, który musi umieć grać tyłem do bramki oraz przede wszystkim głową, aby zgrywać piłkę do wchodzących pomocników i skrzydłowych. Piłka ta jest prosta jak konstrukcja cepa, odrzucająca kanony współczesnego futbolu wynoszącego na piedestał „hiszpańską” wymienność pozycji oraz nieskończoną ilość krótkich podań wywołujących torsje u oponentów. „Big Sam” nie lubi nowinek, upraszcza więc grę, jak może, piłka ma być przerzucana jak najszybciej do przodu. Niektórym się to podoba, inni krzywią się na taką grę, ale jedno jest pewne. WHU, zachowując oczywiście proporcje (bo to beniaminek), gra w tym sezonie wyśmienicie. Trafił mu się oczywiście gorszy okres (ale komuż się nie trafia?), jednak po porażkach z United i Tottenhamem przyszła pora na vendettę i zjedzenie żywcem biednej Chelsea zdezorientowanego Rafy Beniteza, który przed meczami nuci sobie chyba jeszcze z sentymentu pod nosem „You’ll never walk alone..”. Tymczasem na Upton Park pod samo niebo lecą te piękne bańki mydlane, wysoko i coraz wyżej…
Tchnienie numer 3: Co z tym „Lewym”, co z tą defensywą?
Sam Allardyce (fot. skysports.com)
Miałem okazję pisać relację z meczu Reading – United zakończoną zwycięstwem gości 4:3. Minęło parę dni, a ja w dalszym ciągu nie umiem się do niego ustosunkować. Kanonada goli, festiwal błędów w defensywie. Słowem: absurdalne spotkanie noszące znamiona meczu hokejowego, a nie piłki na najwyższym poziomie. W 34. minucie meczu było już 4:3, spodziewałem się więc, że padnie może i 15 goli. A tu klops, obie drużyny wyszły na drugą połowę, jakby zjadły w przerwie porządny obiad – taki z zupą, drugim daniem, dokładką i dodatkowo deserem. Nie wiem, jaki terror psychiczny wymyślił swoim graczom na przerwę sir Alex, ale musiało być gorąco. Kwintesencją defensywnej gry „Czerwonych Diabłów” była mina Rafaela, którego beznadziejną dyspozycję tego dnia Ferguson skwitował zmianą już po pół godzinie gry. Do dziś się zastanawiam, czy jego łzy w oczach wynikały z tego, iż został zdjęty z boiska, czy może wyobrażał sobie reakcję szkockiego szkoleniowca w przerwie meczu?
Jedno jest pewne. Jeśli Vidić nie wróci do formy, United powinno rozejrzeć się za nowym, dobrym stoperem. Evans jest solidny, ale to nie ta półka, w której niegdyś mieścili się Rio i w optymalnej dyspozycji Vidić. Phil Jones to melodia przyszłości, a przeszkodą może być jego uniwersalność, oglądaliśmy go już bowiem chyba na każdej pozycji na boisku oprócz skrzydeł i ataku. Wszyscy lamentowali zatem nad kondycją manchesterskiej defensywy, aż tu gruchnęła jak grom z jasnego nieba wiadomość, że Manchester United zakontraktował Roberta Lewandowskiego.
Robert Lewandowski (fot. SkySports.com)
Kibicuję mu nie tylko dlatego, że to Polak, ale po prostu dlatego, że dobry to piłkarz i obiektywnie zasługuje na to, żeby zrobić krok dalej w swojej sportowej karierze. Z całym szacunkiem i niekłamanym podziwem dla klasy drużyny z Dortmundu, ale mimo wszystko rynek angielski daje więcej możliwości niż ten niemiecki. Anglia to pułap najwyższy, ziemia obiecana każdego kopacza. Jeśli to prawda, że reprezentant Polski będzie grał od przyszłego sezonu w BPL, nasuwa się od razu drugie pytanie. Czy Lewandowski się tam sprawdzi? O pewnych rzeczach decydują niuanse, dlatego nie ma sensu się tutaj na ten temat rozpisywać, ale ufajmy, że doczekamy się polskiej gwiazdy w Premier League. Gdybym był jednak menedżerem klubu z czerwonej części Manchesteru, zamiast rozmyślać nad dodatkami do ataku marzeń, próbowałbym wyrwać któregoś z czołowych młodych stoperów Europy, a jest ich trochę. Kopiuj wklej listy życzeń z Football Managera: Hummels, Sakho, Zouma, N’Koulou, Kirchoff i tak dalej, i tak dalej…
Tchnienie numer 4: Michu, czyli „Łabędź” szybujący wyjątkowo wysoko.
Chłopak nie przestaje mnie zaskakiwać. Miguel Perez Cuesta, bo takie jest pełne nazwisko tego ofensywnego pomocnika, przebojem wdarł się na usta wszystkich miłośników Premier League. Nie mogę napisać, że przybył znikąd, ale piłkarz, który w 15 pierwszych kolejkach BPL strzela 10 bramek, zazwyczaj nie przychodzi z Rayo za 2,5 miliona funtów, ale np. z Bayernu za 20 dużych baniek. Hiszpańska supernova rozbłysła na angielskim nieboskłonie, kradnąc blask innym gwiazdom, znacznie większym oraz bardziej uznanym.
Graham, Michu, Swansea City (fot. Skysports.com)
Swansea zajmuje wysokie, siódme miejsce, a swoją pozycję zawdzięcza przede wszystkim trójce ludzi. Brendanowi Rodgersowi, bo nauczył ich grać tak, jak grają, czyli efektownie i efektywnie. Michaelowi Laudrupowi, bo kontynuował jego dzieło, zmieniając jedynie detale i łatając dziury po odejściu piłkarzy, w tym Scotta Sinclaira (i na co mu było odchodzić?). Trzecim człowiekiem, któremu ludzie ze Swansea powinni postawić pomnik, jest oczywiście bohater tegoż akapitu, czyli Michu, nasz toreador z Oviedo. Jest stosunkowo młody, ma 26 lat. Nie jest to wiek juniorski, ale starczy, żeby zrobić wielką karierę.
Mam jedną smutną wiadomość dla fanów „Łabędzi” i Hiszpana. Jeśli piłkarz ten utrzyma swoją obecną formę, nie będziecie go raczej oglądać w przyszłym sezonie na Liberty Stadium. Chociaż kto to wie, może Laudrup i spółka stworzą razem coś wielkiego? Ostatnio na rozkładzie mają remis z „The Reds”, poćwiartowanie WBA oraz rozszarpanie w końcówce meczu „Kanonierów”. Zwłaszcza ostatnia wiktoria robi wrażenie. Dwa gole w końcówce, oba Michu. Jaki spokój, jakież wykończenie, treningowa niemalże psychika, luz oraz zimna kalkulacja. Michu plus jego rodacy z drużyny zapewnili dozgonną miłość ludzi z hrabstwa Swansea do wszystkich Hiszpanów.
Tchnienie numer 5: Czyje akcje poszły w górę?
Będzie króciutko.
Tony Pulis. Za siódme miejsce w tabeli, żelazne bębenki w uszach wytrzymujące doping na Britannia Stadium oraz nadanie ludzkiego oblicza drużynie drwali ze Stoke. Nie grają pięknie, nie mają czarodziejów o latynoskim stylu gry, ale są twardzi i dają radę. No i gigantyczny plus dla Tony’ego Pulisa za skromność. Szacun.
Chris Hughton. Za 16 punktów w ostatnich ośmiu kolejkach bez porażki, za wypuszczenie z klatki swoich „Kanarków” i pokazanie im, że jednak są ptakami i że mogą pięknie latać, a nawet śpiewać. Cenię Hughtona. Cieszę się, że nareszcie mu się wiedzie.
Andre Villas-Boas. Za udowodnienie, iż jednak ma trenerskie cojones i umie dowodzić drużyną w BPL. Trzy ostatnie mecze, dziewięć punktów. Gdyby nie głupi faul Adebayora, różnie się też mogły ułożyć feralne dla Tottenhamu derby z Arsenalem. Dodatkowy plus za wyciągnięcie tego, co najlepsze fabryka dała z Garetha Bale’a oraz Jermaine’a Defoe. Przyznam, że nie wierzyłem z portugalskiego szkoleniowca. Miłe rozczarowanie.