Dzisiejsza „Angielska herbatka” w nietypowej formie. Zajmiemy się tym razem nie jednym konkretnym tematem, ale spróbujemy chwycić za gardziel całą bestię, która dostarczała nam przecież tylu emocji od soboty aż do poniedziałku wieczorem. Zapnijcie więc pasy, startuje bowiem F16 ostemplowane godłem jakości Barclays Premier League.
Tchnienie numer 1: Pandemonium na Stamford Bridge.
Pomstowali na Roberto, że się nie sprawdził, że brakło mu charyzmy, autorytetu. Zarzucano mu, iż nigdy nie wszedł na wyższy poziom bycia „bossem”, że na zawsze pozostał tylko „Robbiem”. A może to była właśnie jego siła, jego charyzma? Może w klubie takim jak Chelsea potrzeba czegoś więcej niż zamordyzm rodem z ZSRR, jaki starał się wprowadzić Andre Villas-Boas, próbując eliminować co ważniejsze figury na szachownicy Stamford Bridge?

Śmiem twierdzić, iż największą zaletą RDM (oprócz szeregu innych oczywiście) był właśnie jego rodowód, czyli to, że pozostał na zawsze chłopakiem noszącym Chelsea w swoim włoskim sercu. Zapaść „The Blues” nastąpiła niespodziewanie, tak samo niespodziewanie mogłaby odejść precz. Piłka jest tak nieprzewidywalnym sportem, iż murawa weryfikuje wszystko, choćby na papierze było tip-top. RDM odszedł z klasą, człowiek to o wielkiej kulturze osobistej i niekopiący wilczych dołów wokół swoich antagonistów.
A Rafa?
Po pierwsze szkolnym błędem było zatrudnienie trenera tylko do końca sezonu. Większość graczy patrzy na Beniteza jak na menedżera tymczasowego, któremu car Roman i tak w maju powie adios, więc po co się tutaj starać? Jaki sens wypluwać płuca, skoro i tak wraz z nowym sezonem przyjdzie nowy boss i trzeba będzie budować własną renomę od nowa? Po drugie karygodne było zatrudnienie człowieka, który ma tak fatalne notowania w Londynie, że nawet polityczni mistrzowie czarnego PR by tego lepiej nie wymyślili. Jak zatem Abramowicz mógł myśleć, że oddani fani, których serca pompują niebieską krew, zaakceptują kogoś takiego? Po trzecie, wreszcie ostatnie, ja Benitezowi po prostu nie ufam. Nie widzę w jego oczach błysku, który miał Mourinho, który miał Di Matteo, który ma Ferguson. Jak tak dalej pójdzie, to rewitalizacja Chelsea pod egidą Rafy zakończy się jedną wielką grecką tragedią. Na razie jest fatalnie. Punkt w trzech meczach ligowych, jedna strzelona bramka. Zamienił stryjek (Roman) siekierkę na kijek.
Tchnienie numer 2: Come on You Irons!















