Niemożliwe stało się możliwe. Górnik Zabrze triumfuje po raz pierwszy w tym roku i dzięki dobroci systemu ligowego traci już tylko trzy punkty do bezpiecznego miejsca. Czarne chmury zbierają się natomiast nad Robertem Podolińskim, którego jeszcze chwilę temu wszyscy zgodnie chwalili…
Zgodnie z zapowiedziami w składzie Górnika zabrakło miejsca dla zesłanych rezerw – Pawła Golańskiego, Łukasza Madeja oraz Macieja Korzyma. Robert Podoliński również postanowił nieco zamieszać w jedenastce, na ławce usiedli bowiem Jakub Kowalski i Robert Demjan. Za tego ostatniego na szpicę szkoleniowiec przesunął Mateusza Szczepaniaka.
Co można powiedzieć o pierwszej odsłonie? Cóż, trudno nazwać ją mianem ekscytującej. Porządnego futbolu było tam mniej więcej tyle, co zdrowych składników w parówkach. Górnik grał po prostu przeciętnie, a Podbeskidzie postanowiło ładnie się dostosować do tego poziomu gry, coby przypadkiem nie zaszkodzić gospodarzom. Oddajmy honor, niewątpliwie zabrzanie trochę bardziej chcieli, w końcu dla nich był to prawdopodobnie mecz ostatniej szansy. Tylko że zwyczajnie w aktualnej dyspozycji nie stać ich na coś więcej niż przeciętną grę.
Mimo to tak koło 30. minuty zdaliśmy sobie sprawę, że outsider ligi jest faktycznie drużyną lepszą w tym spotkaniu. Może nie było to jakoś bardzo widoczne, udokumentowane milionem sytuacji, ale rzeczywiście jakoś funkcjonowało. Szczególnie aktywny na lewej stronie Cerimagić zaczął coraz mocniej niepokoić rywali swoimi indywidualnymi zrywami. Po jednym z nich Bośniak w dość dziecinny sposób ograł Sokołowskiego i Kowalskiego, następnie dograł piłkę w pole karne, gdzie zdezorientowany Mójta skierował ją do własnej bramki. Czy goście jakoś odpowiedzieli? No cóż… w pierwszej odsłonie na bramkę Kasprzika oddali wyłącznie dwa celne strzały.











