W drugim niedzielnym meczu 11. kolejki T-Mobile Ekstraklasy Korona Kielce zremisowała z Wisłą Kraków 1:1. W spotkaniu widzieliśmy aż trzy czerwone kartki – dwie dla Korony, jedną dla Wisły. Ambitnie grający kielczanie mimo gry w dziewięciu i straty bramki w pierwszej połowie zdołali wyszarpać remis w ostatniej akcji meczu.
Pierwszy strzał w tym spotkaniu padł już w pierwszych sekundach. Na uderzenie z dystansu zdecydował się Janota. Było ono bardzo mocne, ale też bardzo niecelne. Kolejne minuty to gra przede wszystkim w środkowej strefie boiska. Wiślacy pierwszą dogodną sytuację stworzyli sobie w 9. minucie. Garguła zagrał do Genkowa, ale Bułgar w sytuacji sam na sam z Małkowskim nie trafił do siatki. Piłkę nogami zdołał odbić golkiper Korony.

Następne minuty spotkania w Kielcach to klasyczny mecz walki – dużo niedokładności, walka w środku boiska i brak sytuacji bramkowych. Spotkanie tak naprawdę otworzyło się w 26. minucie. Wtedy to błysnął duet Garguła – Genkow. Pierwszy zawodnik idealne dośrodkował, a drugi ładnie strzelił głową, pokonując golkipera Korony. To był pierwszy cios w kierunku gospodarzy. Drugi został zadany minutę później. Michał Janota faulował Michała Chrapka, a sędzia ukarał piłkarza z Kielc czerwoną kartką. Jak pokazały powtórki, arbiter trochę przesadził. Przewinienie Janoty było oczywiste, ale na pewno nie zasługiwało na czerwoną kartkę.
Gospodarze nie poddawali się, ale brakowało im szczęścia. W 42. minucie po rzucie rożnym egzekwowanym przez Pawła Golańskiego walkę o górną piłkę wygrał Stano i głową uderzył na bramkę Pareiki. Blisko przedłużenia tego strzału był Lech, jednak futbolówkę pewnie pochwycił estoński bramkarz. Mimo osłabienia „Złocisto-krwiści” grali bardzo ambitnie i nie było widać, że grają w dziesięciu.
Trzy minuto po wznowieniu meczu z rzutu rożnego dośrodkowywał Golański. Jego podanie było niecelne, ale piłka wróciła pod nogi kieleckiego obrońcy. Powtórna wrzutka o mało co nie wpadła za kołnierz bramkarza Wisły. Po upływie 50. minuty goście przeprowadzili dwie dobre akcje skrzydłami. Najpierw dwukrotnie lewą stroną przedarł się Bunoza, ale jego podanie nie znalazło adresata w polu karnym. Podobnie było moment później, kiedy to Garguła ograł Lisowskiego, ale gdy był już w polu karnym, nie dał rady dokładnie podać do swojego partnera.












