Fajerwerków nie było, ale było co oglądać. Wielki hit 18. kolejki Ligue 1 zakończył się remisem. Stade Velodrome obejrzało dobre widowisko i dwie ładne bramki. Na szczególną uwagę zasługuje trafienie gospodarzy.
Na ten wieczór czekała cała piłkarska Francja. Na zakończenie przedostatniej kolejki rundy jesiennej zaplanowano spotkanie dwóch „olympiskich” zespołów, czyli Olympique Marsylia podejmował Olympique Lyon. Po tym meczu spodziewano się wiele, mając w pamięci pojedynki tych drużyn z zeszłego sezonu, które zdecydowały o ostatecznym tryumfie Marsylii we Francji. Szczególnie warte uwagi było spotkanie sprzed roku w Lyonie, gdy po dreszczowcu padł rezultat 5:5.

Początkowe minuty wskazały, iż obie ekipy wyszły z szatni nieco zdenerwowane. Niecelne podanie, brak składnych akcji, coś, co rzadko charakteryzuje te zespoły. Pierwszymi, którzy zaczęli ogarniać ten wstępny chaos, byli podopieczni Didiera Deschampsa. Pierwszy strzał na bramkę Llorisa padł w 7. minucie, gdy w zamieszaniu przed polem karnym dobrze odnalazł się Andre Ayew i uderzył, lecz reprezentant Francji nie miał jakichkolwiek problemów z obroną. Największą bronią Marsylii w pierwszej połowie okazały się stałe fragmenty gry, do których ich przeciwnicy wiele razy dopuszczali w bardzo niebezpiecznych rejonach boiska. Najgroźniej zrobiło się po dośrodkowaniu Benoit Cheyrou w 21. minucie, gdy piłka trochę przypadkowo spadła pod nogi Gignaca, a ten strzelił nie do obrony dla Llorisa. Byłoby 1:0, gdyby nie mały szkopuł. Otóż, na pozycji spalonej przed bramką gości stał Loic Remy, który mógł zmylić golkipera delikatnym ruchem nogi, co arbiter zinterpretował jako przewinienie. „Les Phoceens” nie ustępowali, widząc, iż to oni przejęli inicjatywę na boisku i zepchnęli przeciwnika do głębokiej defensywy. Miało to się jednak na nich zemścić.
Po pół godzinie gry nastąpiło pierwsze ostrzeżenie dla defensywy gospodarzy. Po krótkim zgraniu piłki przez Bafetimbiego Gomisa wprost na główkę Lisandro, w ostatnim momencie napastnika Lyonu uprzedził nowy nabytek OM, Rod Fanni, grający dziś z konieczności na środku defensywy. Na ostrzeżeniu się jednak nie skończyło. Nadeszła tragiczna dla zebranych na Stade Velodrome kibiców minuta 35. Piłkę w środkowej strefie boiska stracił Lucho Gonazalez – rozgrywający tego wieczoru bardzo dobry mecz, mimo błędu, Kim Kallstrom wypuścił co prędzej prawą stroną Michela Bastosa, a ten zagrał w poprzek „szesnastki” Marsylii, tam zaś futbolówka minąwszy kilku zawodników trafiła pod nogi niepilnowanego Lopeza. Argentyńczyk, pomimo złego przyjęcia, nie dał szans Mandandzie. Po stracie bramki „Les Phoceens” stracili całkowicie rezon i natychmiastowo inicjatywę przejęli rywale, którzy jednak do przerwy mogli pochwalić się jednym niecelnym strzałem Bartosa.










