Trzy porażki z rzędu, aby w końcu ograć lidera tabeli i to na jego własnym stadionie. Zawodnicy Wisły wracają do Krakowa z trzema punktami, za to Śląsk żegna się w nie najlepszym stylu ze Stadionem Miejskim w tym roku. Jedyną bramkę w drugiej połowie spotkania zdobył Rafał Boguski.
Ponownie we Wrocławiu na Stadionie Miejskim pojawił się komplet widzów. Był to mecz o niezwykłej atrakcyjności sportowej i medialnej, bo naprzeciw siebie stanął obecny lider tabeli T-Mobile Ekstraklasy oraz mistrz Polski. Fani na pełnych trybunach na długo przed pierwszym gwizdkiem żywiołowo dopingowali swoich ulubieńców.

Na murawie ciekawie zrobiło się już po niemal dziesięciu minutach, gdy na lewej stronie urwał się Gervasio Nunez. Argentyńczyk zgubił krycie szybkim przyspieszeniem, a następnie oddał mocny strzał z ostrego kąta. Wracający do składu Kelemen odetchnął z ulgą, widząc, jak piłka mija dalszy słupek. Niespełna dwie minuty później słowacki golkiper już popisał się dobrą interwencją, gdy strzałem zza pola karnego starał się go zaskoczyć Jirsak. Bramkarz Śląska sparował piłkę na rzut rożny, używając do tego końców palców.
Odpowiedzią gospodarzy była akcja Diaza, który mając sporo miejsca przed polem karnym rywala, zdecydował się na atomowe uderzenie z dystansu. Piłka po tym strzale sprawiła sporo problemów Pareice, jednak to właśnie golkiper przyjezdnych wyszedł zwycięsko z tej sytuacji. Kolejną szansę tej rywalizacji zmarnował Iliew, którego strzał z piątego metra trafił wprost w ręce Kelemena. Niewiele brakowało, a błąd bramkarza wrocławskiego klubu wykorzystałby Genkow, ale z trudnej pozycji strzelił obok słupka.
W początkowej fazie meczu w ataku groźniej wyglądała Wisła, która oddawała celne, groźne strzały, za to Śląsk miał ewidentny problem z podejmowaniem dobrych decyzji. Po pół godzinie gry kolejny raz pokazał się Sobota, który wbiegł w pole karne i płaskim strzałem szukał swojej szansy. Futbolówka ostatecznie minęła słupek bramki Pareiki, jednak napędziła bramkarzowi „Białej Gwiazdy” sporo strachu. Przed końcem meczu na indywidualny rajd zdecydował się Diaz, jednak ponownie piłka po jego strzale leniwie wtoczyła się w ręce Pareiki.













