Znasz to: „Od jutra rzucam palenie”, „Jutro wezmę się za naukę”, „Jutro pójdę biegać”. Co z tym jutrem? Wszyscy wiemy. Jutro mówisz to samo. Jednak za każdym razem wierzysz, że następnego dnia w końcu się uda. Tak samo zachowują się polscy kibice. Naiwni, lojalni, poczciwi ludzie. Tylko że tym razem naprawdę miało być inaczej…
Mowa o polskich przedstawicielach piłki klubowej na europejskim podwórku (przepraszam, ale jakoś nie jestem w stanie nazwać II czy III rundy eliminacyjnej LE „areną”). Jednak schemat pasuje również do realiów piłki reprezentacyjnej. W ciągu ostatniego roku każde zgrupowanie kadry, każdy mecz w wykonaniu zespołu najlepszych Polaków kończył się blamażem, a na przestrzeni ostatnich trzech lat żaden nie kończył się sukcesem.

Czy to nie niesamowite, że wobec takich faktów przed każdą kolejną odsłoną tego kabaretu pod tytułem Reprezentacja wymagamy od jego członków, że tym razem jednak kabaretem być przestaną? Więcej! My autentycznie wierzymy, że tak się stanie. Cóż… Widać taka nasza polska natura. W historii naszego walecznego narodu jedno tylko powstanie zakończyło się powodzeniem, choć i tak niepełnym, a mimo to konsekwentnie i regularnie pchaliśmy głowę pod topór. Mamy najwyraźniej we krwi tę romantyczną, straceńczą, niezłomną nadzieję.
Przypomnij sobie, kibicu, ostatni klubowy sukces w polskiej piłce. Jeśli jesteś wiślakiem, stanie ci przed oczami dwumecz z Apoelem. Legionista przypomni mi mecz na Łużnikach i późniejszą fazę grupową LE, natomiast lechita rozmarzy się przy wspomnieniu hat-tricka Rudnevsa z „Juve” czy golu Możdżenia z Manchesterem.
Teraz, kibicu, zadam jeszcze jedno pytanie. Tym razem retoryczne. Jak bardzo my, obserwatorzy piłkarscy w tej nadwiślańskiej krainie, mamy sprane mózgi, skoro sukcesem nazywamy dotarcie do grona 32 najlepszych zespołów LE góra co dwa lata.

Spytałbym teraz, co nam każe za każdym razem wierzyć, że właśnie tego roku będzie inaczej, ale to już ustaliliśmy – lubimy podtrzymywać w sobie nawet pozbawioną sensu i podstaw nadzieję na zmiany. Zamiast tego spróbuję wykombinować, co musiałoby się stać, aby zmiany stały się bardziej realne. Przede wszystkim muszą zmienić się realia ekstraklasy. Mistrzem nie może zostawać zespół, który w 30 meczach zdobywa 45 punktów, który nie potrafi wygrać trzech meczów z rzędu i regularnie przegrywa z klubami z drugiej połowy tabeli. Do tej pory mistrz był z reguły mistrzem z przypadku. Potrzeba w ekstraklasie jednego lub dwóch zespołów, które zdominują ligę, które pewnie będą wygrywać z kelnerami o ujemnym budżecie, wpadki zaliczać będą raz na jakiś czas, a mistrzostwo rozstrzygać będą w meczach na szczycie.














