Wczoraj o wpół do szóstej rano Harry Redknapp zadzwonił do właściciela klubu, Tony’ego Fernandesa, aby poinformować go o swojej rezygnacji. Dla malezyjskiego właściciela Rangersów musiał to być ciężki początek dnia. Równie źle zapowiada się reszta część sezonu na Loftus Road.
Dyskusję na temat przyszłości Redknappa, jego pozycji i opinii w oczach zarządu pojawiały się co jakiś czas od samego start tego sezonu. Po porażce z Manchesterem United na Loftus Road 17 stycznia owe spekulacje znów się pojawiły. Brytyjski menedżer, na pytanie o swoją przyszłość, powiedział wówczas, że „co będzie, to będzie”, dodając, że nie martwi się o zdanie właścicieli, bo to ich sprawa, czy dadzą mu czas, czy wezmą kogoś innego.
Teraz, po jego rezygnacji, Fernandes nie ma już innego wyjścia, następce wybrać musi, czy mu się to podoba czy nie. Okoliczności rezygnacji Redknappa są dość kontrowersyjne i de facto niewiele osób wierzy w oficjalną przyczynę jego ustąpienia. Najlepiej kontekst sprawy oddaje poniższy tweet.
Przedstawmy cały kontekst, od jego początku. QPR jest w tym sezonie beniaminkiem, który uzyskał awans do najwyższej klasy rozgrywkowej poprzez baraż na Wembley z Derby County, w którym QPR wygrało po bramce Bobby’ego Zamory w ostatniej minucie spotkania. Gdyby tego barażu nie udało się wygrać, to Redknapp już wtedy zrezygnowałby ze swojego stanowiska, wszak ma już 68 lat i spędzanie kolejnego sezonu w Championship, dla trenera z takim dorobkiem i doświadczeniem, było szarą perspektywą, na którą były menedżer Tottenhamu nie chciał się godzić.
Oto kariera Harry’ego Redknappa jako trenera w Premier League
W tym sezonie, będąc już w Premier League, Rangersi są w strefie spadkowej po 23 kolejkach, zdobywając 19 punktów i wygrywając tylko pięć razy. Może zatem kibice i piłkarze powinni się cieszyć, że Redknappa już nie ma, skoro prowadził klub w taki sposób, że ten jest niemal na dnie tabeli, prezentując w dodatku mizerny styl gry w ataku, zmieszany z chaotyczną grą obronną?
No cóż, znając tylko wierzchołek góry lodowej, można by było tak stwierdzić. Że Redknapp jest szkodą dla klubu, że nie realizuje jego potencjału i trzyma zespół w dole tabeli. Ale prawda jest taka, że obecna pozycja QPR jest niejako efektem problemów, z jakimi ten zespół nie jest sobie w stanie poradzić od dość dawna. Problemów stricte organizacyjnych, dotyczących tego, jak klub powinien funkcjonować, jaką mieć wizję.
Obecna sytuacja na szczycie we władzach klubu z Londynu też temu nie sprzyja. Właściciel, Tony Fernandes, nie traktuje QPR jako swojej nadrzędnej inwestycji. Ostatnio ta drugoplanowość zespołu z Loftus Road w portfolio malezyjskiego biznesmena nawet przybrała na sile, gdy samolot jego linii lotniczych, Air Asia, rozbił się w morzu, zabijając wszystkich na pokładzie. Wiadomo było, że Fernandes zajmie się w najbliższym czasie swoją linią i to nie może dziwić.
Problem tkwi w tym, co kiedyś oglądaliśmy na własnym podwórku. Prężnie inwestujący biznesmen, z chęcią do pomocy drużynie piłkarskiej, z szeroką paletą możliwości, ale bez wiedzy piłkarskiej. Józef Wojciechowski. On również miał inne inwestycje (J.W Construction) i w połączeniu z nikła wiedzą piłkarską, tak jak Fernandes, był zmuszony do zatrudnienia doradców. Finał sprawy znamy.
Jacy są i byli doradcy Fernandesa? Źli, nieodpowiedni, staczający klub na dno, działający krótko, a nie długoterminowo. W dodatku mają bardzo dobre powiązania z niejednym agentem piłkarskim, przez co kibice QPR mogą się „szczycić”, że przez ich klub w przeciągu ostatnich trzech-czterech lat, przewinęło się więcej piłkarskiego szrotu, niż przez jakikolwiek inny zespół w Europie. Esteban Granero, Park Ji Sung, Junior Holiett, Stephan Mbia, Christopher Samba. To tylko parę nazwisk, bo jest ich znacznie więcej. Wszyscy mogli liczyć na astronomiczne kontrakty przy Loftus Road i jednocześnie nie dawali odpowiedniej do zarobków jakości piłkarskiej. Nie mieli motywacji, często przychodzili, by odcinać kupony, zarabiać na emeryturę, a niektórzy (Park Ji Sung) pomagali właścicielowi klubu reklamować jego linię lotniczą. Czy to normalne? W artykule o QPR w Guardianie Michael Hann powiedział, że Queens Park Rangers jest dla zawodników anty-Midasem. Który by tutaj nie przyszedł, nieważne jak dobry by nie był wcześniej, to i tak straci na jakości i motywacji do gry.
Inne problemy to brak efektywności szkółki piłkarskiej, bo w kadrze QPR od paru sezonów próżno szukać wychowanków, młodych, zdolnych promowanych przez trenera pierwszego zespołu. Brak również solidnego zaplecza treningowego, które jest obiecywane przez właściciela klubu. W dodatku klub jest tak nieekonomicznie zarządzany, że po paru latach rządów Tony’ego Fernandesa, mimo milionów, jakie pompuje w klub z Loftus Road, ten ma 170 milionów funtów długu plus dodatkowe 42 miliony do spłaty jako pożyczki od banków. Jest też kwestia samego Loftus Road, które jest małym obiektem, po którym widać upływ czasu. Trudno w tym przypadku, przy tak małej pojemności obiektu, generować zyski meczowe. A klub musi na czymś zarabiać, bo przecież pan Fernandes nie będzie jego właścicielem na zawsze. Mimo spekulacji, zmian także w tej sferze nie należy się spodziewać w najbliższym czasie.
Pomijając szereg równie absurdalnych kwestii, ale mniej ważnych, trzeba się zastanowić, czy w takich warunkach należy oczekiwać wyników piłkarskich na miarę środka tabeli Premier League? Albo czy w ogóle można się dziwić, że klub jest w takiej pozycji jak obecnie?
Redknapp też popełnił parę błędów, jak wiara w system 3-5-2 z Rio Ferdinandem w roli dowodzącego linią defensywną. Ta koncepcja nie wypaliła z jednego prostego powodu – Ferdinand najlepsze lata ma już za sobą. I tworząc trzyosobowy blok stoperów z równie przeciętnymi jak on piłkarzami, sprawił, że QPR prezentowało się bardzo mizernie w defensywie.
Nie ulega wątpliwości, że Redknapp wiedział, że dysponuje zbyt słabym potencjałem piłkarskim, żeby spokojnie utrzymać się w lidze i nie ma też wątpliwości, że chciał wzmocnień do ostatniego możliwego momentu, zabiegając o Emmanuela Adebayora i Matta Jarvisa. Żadnego z nich nie udało się pozyskać, więc jedynym nabytkiem zimowej sesji transferowej jest Mauro Zarate. Niezbyt imponująco, łagodnie mówiąc.
Pytany wielokrotnie w kontekście beznadziejnej formy wyjazdowej swojego zespołu (11 meczów na obcych stadionach, 11 porażek) mówił, że zdaje sobie sprawę z tego, że idzie słabo, dodając, że trudno wygrać na wyjazdach. No cóż, każdemu jest trudno, każdy mecz w Premier League jest trudny, a jednak nikt od sezonu 1953/54 nie miał tak słabego bilansu w spotkaniach na obcych boiskach jak QPR. Redknapp zaznaczał jednak, że robi wszystko w swojej mocy, aby drużyna punktowała i nikt nie wyciśnie, lub nie wycisnąłby więcej z tego potencjału jakim dysponuje.
Parę tygodni później, pytany przez dziennikarza Sky Sports, Jime’a White’a o potencjalnych następców na stanowisko menedżera QPR, Redknapp wymienia wiele nazwisk: Lesa Ferdinanda, Glenna Hoddle’a czy Chrisa Ramsey’a, nie chcąc nikogo wystawiać przed szereg, bo jak twierdzi, wszyscy są jego przyjaciółmi. Podkreślał, że każdy z nich sobie poradzi, bo znają klub i mają doświadczenie. No więc, jak jest naprawdę Harry? Czy kłamałeś za pierwszym razem, mówiąc, że nikt nie da rady osiągnąć więcej od ciebie z tym potencjałem, czy za drugim mówiąc o kompetencjach swoich ewentualnych następców?
Jako, że Redknapp ma ogromne doświadczenie w angielskiej piłce – doprowadził Tottenham do Ligi Mistrzów i osiągał ponadprzeciętne wyniki z West Hamem United oraz Portsmouth – wydaje się, że trudno będzie o osiąganie lepszych wyników w QPR od niego. Dlatego bardziej prawdopodobne jest, że prawdą okażą się jego słowa o tym, że nikt z obecnym potencjałem klubu nie osiągnie lepszych wyników. To oznaczałoby spadek londyńskiego klubu na koniec tego sezonu, co już odnotowali bukmacherzy, stawiając QPR jako drugiego po Burnley, kandydata do spadku.
Kogo zaś typują na następce Redknappa? Najwyżej stoją akcje Tima Sherwooda, za jednego funta postawionego na byłego menedżera Tottenhamu, możemy zarobić zalewie 1,125 funta, co jest dość wymowne. Dodatkowo dyrektorem wykonawczym klubu z Loftus Road (a zarazem tymczasowym trenerem od chwili odejścia Redknappa) jest Les Ferdinand, prawa ręka Sherwooda z zeszłosezonowej przygody w Tottenhamie. Dalej wymienia się Lesa Ferdinanda, który miałby objąć na stałe funkcje pierwszego trenera, Kevina Bonda, Chrisa Ramseya, Ole Gunnara Solskjeara, Glenna Hoddle’a, Gusa Poyeta czy Eddiego Howe’a. W najbliższym meczu klub poprowadzi Ferdinand we współpracy z dyrektorem ds. sportowych i szefem akademii klubu, Chrisem Ramsey’em.
Redknapp ma w obecnej chwili 68 lat, więc jasne jest, że blisko mu do emerytury. Mimo to zapowiedział, że nie przechodzi na nią i że chce wrócić do piłki. Taka deklaracja na pewno cieszy wielu kibiców, bo Redknapp w środowisku piłkarskim na Wyspach jest postacią popularną, lubianą przez swój nieprzeciętny charakter, charyzmę i poczucie humoru. Mówiąc wprost, jest bardzo barwną postacią, której osoby śledzące Premier League nie chciałyby stracić. Pytanie więc, czy rzeczywiście wróci i jeśli tak, to gdzie i kiedy?
Na koniec prezentujemy parę krótkich filmów, scen, sytuacji, które idealnie pokazują całego Harry’ego Redknappa. Jeśli go nie znacie dobrze, to dzięki filmowi poniżej będzie wam to dane. Zaś ci którym Redknapp nie jest obcy, od razu zdążą zatęsknić za byłym już trenerem QPR.
Tutaj można zobaczyć reakcje zawodników Tottenhamu po wygraniu na Etihad meczu o Ligę Mistrzów z Manchesterem City. Scena idealnie pokazuje, że piłkarze których trenował, darzyli go sympatią i nieraz byli mu dozgonnie wdzięczni za pomoc w rozwoju kariery.
Tu zaś zobaczymy odrobinę czarnego humoru przy opisywaniu sytuacji Adela Taarabta z tego sezonu i próbie wyjaśnienia zebranym dziennikarzom, czemu ten utalentowany piłkarz nie gra.
https://www.youtube.com/watch?v=m2wCu4xL3ys#t=20
Na koniec – jak Redknapp reaguje, gdy zostaje uderzony piłką….