FC Augsburg zremisował z VfL Wolfsburg 0:0. Spotkanie stało na o wiele niższym poziomie niż ten, do którego zdążyła przyzwyczaić nas Bundesliga.
Wolfsburg przystąpił do tego spotkania z chęcią zmazania plamy po fatalnym występie i porażce 4:0 z Hannoverem na własnym stadionie. Augsburg z kolei miał szukać swoich pierwszych punktów w tym sezonie. Początek meczu obfitował w sporo niedokładności i nerwowości. W 5. minucie Bance oddał strzał z dystansu i po rykoszecie niewiele zabrakło, aby piłka wpadła do bramki, bo Benaglio zdołała przelobować. Kolejna groźna sytuacja również miała miejsce pod bramką Wolfsburga. Po rzucie rożnym obrońcy nieskutecznie pokryli Oehrla, który bez problemów doszedł do piłki i tylko on sam wie, w jaki sposób nie udało mu się skierować futbolówki do siatki. W pierwszym kwadransie gra wyglądała jak niejeden z „hitów” w Polsce. Zespoły miały problemy z wymienieniem kilku podań, o grze kombinacyjnej nie wspomnę. W 17. minucie Vieirinha przejął piłkę na skrzydle, wycofał piłkę do Diego, który oddał strzał na wysokości poprzeczki, ale było to uderzenie zbyt słabe, aby zaskoczyć Amsifa.
Piłkarze chyba uznali, że grać w piątek wieczór im się nie chce. Futbolówka, która powinna jak najczęściej przemieszczać się po ziemi więcej czasu znajdowała się w powietrzu. Co prawda lekką przewagę miał Wolfsburg, ale kogo to interesuje, skoro nie skutkowało to żadnymi strzałami? W dodatku pod koniec pierwszej połowy gra wyraźnie się zaostrzyła, co poskutkowało żółtą kartką dla Sankoha. Chwilę później Langkamp „popisał” się takim zagraniem, że nietrudno zgodzić się z komentatorami, którzy określili je jako żałosne. Obrońca Augsburga swoimi kontaktami z piłką w bardzo dobry sposób podsumowywał poziom tego spotkania. Sędzia postanowił już nie męczyć kibiców zgromadzonych na SGL Arena i nie doliczył ani sekundy do pierwszej połowy.
Tuż po wznowieniu gry z woleja z dystansu uderzył Vieirinha. Kolejny raz piłka leciała zbyt wolno, aby zaskoczyć bramkarza gospodarzy. Można by napisać coś o kolejnych kilkunastu minutach, ale ile razy można powtarzać o nudzie, którą wieje z boiska, niecelnych podaniach, nieudanych dryblingach, braku strzałów i poziomie, który jest rzadko spotykany w Bundeslidzie. W 72. (!) minucie mieliśmy pierwszą stuprocentową sytuację. Olić świetnie dośrodkował do wbiegającego w pole bramkowe Dosta, ten jeszcze lepiej zgrał piłkę głową do Kahlenberga, który również głową chciał wykończyć całą akcję, ale trafił w bramkarza Augsburga. Wolfsburg przez dwie minuty stworzył sobie więcej okazji niż przez cały mecz, bo chwilę później Olić ograł obrońcę w polu karnym, ale oddał słaby strzał w sam środek bramki.
Zawodnicy prawdopodobnie stwierdzili, że ich protest w postaci fatalnej gry nie sprawi, że mecz skończy się szybciej, i wzięli się do roboty. Dziesięć minut przed końcem dobrą okazję stworzył sobie Augsburg. Oehrl dostał dobre prostopadłe podanie od Vogta, przebiegł kilkanaście metrów i ze skrzydła zagrał piłkę zwrotną gdzieś na szósty metr, ale jego partner nie zdołał do niej dojść. Gdyby to mu się udało, Wolfsburg byłby w szoku, bo zapewne straciłby bramkę. Nic takiego się nie wydarzyło do końca spotkania, a również goście nie zdołali umieścić piłki w siatce. Sędzia widocznie również miał dosyć tego meczu, bo nie doliczył ani minuty.








