Trudno jednoznacznie ocenić Saidiego Ntibazonkizę po wczorajszym meczu. Z jednej strony doprowadził do wyrównania, z drugiej… złapał głupio dwie żółte kartki, przez co zgotował swoim kolegom dramatyczną końcówkę spotkania.
Burundyjczyk w ferworze radości zdemolował będącą w narożniku chorągiewkę. Dziwna celebracja. Tym bardziej, że okupiona drugim żółtym kartonikiem.
– Byłem bardzo zdenerwowany tym, co się działo na murawie. Wiem, że nie zachowałem się dobrze. Graliśmy w dziesięciu, a ja jeszcze osłabiłem drużynę. Uważam, że pierwszą żółtą kartkę otrzymałem niesłusznie. Nie zdobyliśmy trzech punktów, więc trzeba się cieszyć z jednego. Teraz musimy się skupić na następnym meczu – przyznał po meczu Burundyjczyk.

– Byliśmy bardzo zmotywowani, aby wygrać ten mecz. W naszej sytuacji musimy zawsze grać o zwycięstwo. Nigdy nie możemy się poddawać. Musimy cały czas walczyć. Dziś walczyliśmy w dziewięciu i wyszarpaliśmy jeden punkt – opowiadał.
Początkowo Ntibazonkiza był niewidoczny, ale odżył w chwili, kiedy na boisku pojawił się van der Biezen.
– Dla mnie jest wszystko jedno, czy gram z Andrzejem, czy Koenem. Jesteśmy jedną drużyną. Musimy dobrze grać, niezależnie w jakim składzie jesteśmy na boisku. Dzisiaj nie zdobyliśmy gola z Niedzielanem, ale następnym razem to się może zmienić. Musimy usiąść i ze sobą porozmawiać, żeby było lepiej – mówił Saidi.











