W niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Andrzej Juskowiak, kiedyś napastnik Lecha, wieszczył swojemu byłemu klubowi sukces w meczu z Wisłą pod jednym warunkiem – grania przez poznaniaków otwartej, ofensywnej piłki. I dokładnie w ten sposób Lech zagrał. Czemu więc poległ?
Poznański zespół na początku tego sezonu prezentował się nadspodziewanie dobrze. W pierwszych czterech kolejkach trzy razy wysoko wygrał i raz zremisował. Porażka przyszła dopiero w poprzedniej kolejce, w spotkaniu z Górnikiem Zabrze. Komentatorzy zgodnie uznali to za wypadek przy pracy drużyny, która jest wreszcie autorską wizją trenera Bakero. Wizją, dodajmy, na wskroś ofensywną.
Jak gra Lech?
Podstawowe ustawienie zespołu to 4-2-3-1. Paradoksalnie jednak taki układ zawodników na boisku uchwycić jest dość trudno. Lech nastawiony jest bowiem na jak najdłuższe granie piłką, a wówczas, gdy prowadzi atak pozycyjny, zmienia taktykę na 2-4-1-3. Bardzo szeroko ustawieni boczni obrońcy tworzą wówczas jedną linię z defensywnymi pomocnikami (lub z jednym z nich, jako że drugi często włącza się do ataku), skrzydłowi zaś schodzą na pozycje napastników. Dzięki temu przed lechitami otwiera się kilka wariantów gry. Schodzący do ataku skrzydłowi ściągają na siebie jednego z defensorów przeciwnika, otwierając wolny korytarz dla własnego obrońcy. Jeśli to się nie udaje, to podchodzący wyżej defensywny pomocnik pozwala na przegranie akcji środkiem. Zejście skrzydłowych sprawia, że w ataku naprawdę jest komu zagrać i jeśli już do któregoś z trójki zawodników na szpicy dojdzie podanie, otwiera się szansa gry jeden na jeden z obrońcami. A wtedy, ze względu fakt, że rywal praktycznie pozbawiony jest możliwości asekuracji, łatwo oszukać jego defensywę. Taka sytuacja miała miejsce w 8. minucie meczu, gdy po dośrodkowaniu Brumy Rudnev odegrał w polu karnym do Wilka, który natychmiast oddał piłkę Stiliciowi. Ten jednak, zamiast przymierzyć technicznie, strzelił na siłę i trafił w bramkarza.
Szczególnie na początku spotkania widać też było, że hiszpański trener uczy swoich zawodników mądrego wydostawania się spod pressingu. Poznaniacy nie boją się rozgrywać piłki na wysokości swojego pola karnego nawet wówczas, gdy są atakowani. Duży na to wpływ ma zaangażowanie w rozegranie większej liczby piłkarzy.
Taktyka Lecha jest więc niezwykle ofensywna – będący przy piłce zawodnik ma kilka dróg podania, w ataku mocno eksploatowani są boczni obrońcy, a nominalny napastnik uzyskuje bezpośrednie wsparcie obu skrzydłowych i ofensywnego pomocnika. Jak to jednak w futbolu bywa, strategia oferująca tak wiele możliwości w ataku musi mieć swoje ograniczenia w defensywie. Nie inaczej jest w tym przypadku. Pozostawienie na desancie jedynie dwóch środkowych obrońców z asekurującym ich defensywnym pomocnikiem stwarza realne ryzyko groźnej kontry. Z kolei szeroka gra bocznych obrońców wymusza również spore odstępy między środkowymi, co daje przeciwnikowi miejsce do prostopadłych podań. Bakero najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę, bo momentami defensywny pomocnik (Injac) schodził do linii obrony jako trzeci środkowy. Jest to jakiś lek na zbyt szeroką grę obronną, ale również niesie ze sobą ryzyko, zwłaszcza w przypadku łapania na ofsajd linią złożoną z piątki zamiast czwórki obrońców.










