Przed meczem Robert Kasperczyk sprawiał zaskakujące wrażenie rozluźnionego i pewnego siebie. Miał ku temu powody. Jak się okazało, rozpracował Wisłę w najdrobniejszych szczegółach i jeśli można było dostrzec na boisku jakąś różnicę między wiceliderem ekstraklasy a wiceliderem pierwszej ligi, to tylko na korzyść tego drugiego zespołu.
Podbeskidzie wyszło w odważnym 4-4-2 z diamentem w środku. Jak to zwykle bywa w tym systemie, bardzo często do ofensywy podłączali się boczni obrońcy – Osiński i Cienciała. Sokołowski i Rogalski zostawiali na te wejścia sporo miejsca, jednak w sytuacji gdy konieczne było wsparcie dla atakujących defensorów, schodzili bardziej na skrzydła. W ten sam sposób reagowali obaj napastnicy, przez co niemal w każdym sektorze boiska gracze Podbeskidzia nie byli zmuszani do gry w pojedynkę. Maaskant postawił na 4-5-1, przechodzące w 4-3-3, z Żurawskim na szpicy i ofensywnymi skrzydłami w postaciach Kirma i Małeckiego. Ustawiony tym razem na boku defensywy Jaliens, niespecjalnie angażował się w atak, Paljić na przeciwległej flance równie często co rajdów flanką, szukał zejść do środka.
Pierwsze 30 minut to absolutna dominacja przyjezdnych. Ostry pressing nie pozwalał Wiślakom na wymianę większej liczby podań, co owocowało stratami już w środkowej strefie boiska. Daleko poza grą znajdował się Żurawski, dużo w środku pracowali Koman i Ziaja, by utrudnić grę rozgrywającym „Białej Gwiazdy”. Kluczem do gry Wisły są jednak co do zasady skrzydła. Podbeskidzie grało wąsko i na tyle wysoko, by operujący na flankach gracze Wisły nie mieli możliwości się rozpędzić. Dodatkowo teoretycznie groźniejsza strona, czyli prawa z Małeckim, nie miała wsparcia z linii defensywy. W takiej sytuacji mocno cofnięci boczni pomocnicy Podbeskidzia mogli spokojnie wespół z obroną podwajać krycie na zawodniku z Krakowa. Nieco lepiej wyglądała sytuacja z drugiej strony, gdzie Paljić starał się obiegać Kirma. W ten sposób powstawały najgroźniejsze sytuacje Wisły. Maaskant próbował w końcówce pójść tym tropem i przeniósł na tę flankę Małeckiego, efektu to jednak nie przyniosło.
Dużo lepiej wyglądała ofensywa gości. Ataki na skrzydłach w wielu momentach prowadziły do sytuacji, kiedy skrajny obrońca miał przeciwko sobie dwóch rywali – pomocnika i wchodzącego obrońcę. Kirm i Małecki nie byli aż tak aktywni w asekuracji jak ich vis-a-vis, zaś nie do każdej piłki mógł zdążyć jedyny zorientowany na defensywę środkowy – Sobolewski. Jeśli dodamy to tego fakt, że chyba najpewniejszy w destrukcji tego dnia był Paljić, dochodzimy do przekonania, że nie najlepiej się dzieje z wiślacką defensywą. Można odnieść wrażenie, ze rywal został nieco zlekceważony, rzadko się bowiem zdarza, żeby ceniony holenderski obrońca mógł zostać minięty jak dziecko przez zawodnika z niższej klasy rozgrywkowej. A tym bardziej rzadko się to zdarza trzykrotnie w jednej akcji. W kilku sytuacjach wyraźny problem Wiślakom sprawiało ustawienie linii. Wyglądało to tak, że nie do końca wiedzieli oni w którym momencie kryć, a w którym szukać spalonego. Tak padł gol, w innych sytuacjach było blisko do stworzenia sytuacji bramkowych.










