Sobotnie popołudnie w zachodnich ligach było wyjątkowe dla polskich kibiców. Duża w tym zasługa Bundesligi. Na stadionach klubów niemieckiej klasy rozgrywkowej pojawiło się kilku reprezentantów naszego kraju. Trzech z nich – Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek oraz Ludovic Obraniak od pierwszych minut biegali po Weserstadion, gdzie Werder Brema podejmował Borussię Dortmund.
Spotkanie od pierwszej minuty nie porwało. Obie ekipy wyczekiwały na odpowiedni moment do ataku. Zarówno piłkarze w czarnych jak i zielonych strojach ograniczyli się do wymieniania podań i bardzo długich wykopów na tzw. „aferę”, co nie wpłynęło pozytywnie na jakość widowiska. Pierwszą dogodną okazję do otworzenia wyniku zmarnowali bremeńscy zawodnicy, którzy już w 11. minucie znaleźli się w „piątce” pola karnego strzeżonego przez Romana Weidenfellera. Znakomite zagranie Hunta zmarnował jednak di Santo, który nie oddał nawet strzału. Widać było, że „Zielono-biali” nie mają zamiaru tak łatwo oddać trzech punktów, które w Bremie byłyby tak mile widziane.

Sześć minut później sytuacja odmieniła się o 360 stopni i to Mkhitaryan w groźnej sytuacji znalazł się w szesnastce rywala. Znakomitą piłkę dograł Niemiec, Marco Reus i tylko perfekcyjnego dogrania zabrakło do trafienia pierwszego gola w tym meczu. Henrich uderzył, ale znakomicie na przedpolu zachował się Caldirola, który wybił piłkę na rzut rożny, który BVB zmarnowała. Po chwili świetną piłkę do Reusa zagrał Schmelzer. Młody reprezentant kraju popędził w stronę pola karnego Wolfa, ale Lukimya w ostatniej chwili zablokował ten strzał. Z minuty na minutę mecz coraz bardziej nam się rozpędzał. Ofensywne akcje BVB przypominały jednak bardziej bicie głową w mur. Kolejne centry lub dogrania lądowały w rękawicach bramkarza miejscowych.
Odbijanie się od ściany trwało kilka minut. Do walki wszedł buldożer, który postanowił zniszczyć opór i zamknąć usta krytykom. Niszczycielem okazał się Robert Lewandowski. Idźmy jednak po kolei. Kolejna wrzutka Schmelzera została zablokowana przez środkowego obrońcę WB. Lewy obrońca „Borussen” powalczył o piłkę w okolicach końcowej linii boiska, a jego upór się sprawdził – futbolówka była już pod jego nogami. Krótkie podanie w pole karne do Lewego okazało się idealna. Polak podprowadził ją jeszcze przez dwa metry i uderzył w stronę dalszego słupka. Wolf rzucił się ofiarnie, jednak i tak pozostało mu obejrzenie się za piłką, która zatrzepotała w sieci.
Po trafieniu do siatki Lewandowski chciał kontynuować swoje popisy i niewiele zabrakło, by już chwilę potem zaliczył asystę. Miał na to dwie okazje. Za każdym razem piłka była kierowana odrobinę za mocno – ani Aubameyang, ani Reus nie dobiegali do nich przez bramkarzem gospodarzy. Na 2:0 blisko było też w 35. minucie. Po świetnym dośrodkowaniu minimalnie niecelnie główkował Gabończyk, a po kilku sekundach dobić Werder mógł Mkhitaryan, jednak z ostrego kąta trafił w boczną siatkę. Co nie udało mu się chwilę wcześniej, zrobił na pięć minut przed końcem pierwszej odsłony. Pomocnik z dziesiątką na plecach świetnie poprowadził sobie piłkę przez polem karnym i popisał się świetnym technicznie uderzeniem, które wylądowało w siatce.








