Wiele zjawisk, tendencji i faktów może obrazować ostatnie, niewątpliwie chude lata w dziejach Arsenalu. Jednak tym, co najlepiej obrazuje tę negatywną metamorfozę, jest sposób, w jaki drużyna jest nazywana przez brytyjskie media.
AWM kontra AMO
Niegdyś mówiono o nich niezwyciężeni. Jak najbardziej słusznie. Sezon 2003/2004 w Premier League „Kanonierzy” zakończyli bez porażki na swoim koncie, sięgając tym samym po tytuł mistrzowski w sposób nie pozostawiający złudzeń co do tego, czy na niego zasłużyli. Trzon zwycięskiej ekipy stanowili wówczas: Henry, Viera, Bergkamp, Campbell czy Cole, ale było też wielu innych, równie wybitnych piłkarzy. Dzisiaj o tym samym klubie nie mówi się już z takim szacunkiem w głosie, raczej ze szczyptą sarkazmu, dodając tu i ówdzie liczby związane z czasem od ostatniego trofeum czy wymieniając kolejnych piłkarzy, którzy odeszli z Emirates w poszukiwaniu trofeów w innych angielskich klubach.
Przyczyn takiego przebiegu spraw w północnym Londynie jest wiele. Niektórzy idą najprostszą drogą, obarczając winą tylko i wyłącznie trenera zespołu – Arsene’a Wengera. 60 tys. kibiców, którzy co dwa tygodnie zasiadają na nowoczesnym obiekcie w Ashburton Grove, podzieliło się na trzy grupy. Pierwsza grupa to ci, którzy nie interesują się piłką nożną, ale przychodzą na The Emirates dlatego, że korporacje, w których pracują, wykupiły tam loże, w których mogą smacznie zjeść, napić się i rozwijać kontakty. Pozostałe dwie to już tradycyjni fani Arsenalu, a ich podział wynika z dwóch haseł – AWN (Arsene wie najlepiej) i AMO (Arsene musi odejść). Pierwsza nadal pokłada w obecnym menedżerze nadzieje na sukces i widzi w nim legendę klubu, druga grupa nie przeczy, że Francuz wiele w Londynie osiągnął, ale twierdzi, że jego czas dobiegł końca. Trenera zawsze najłatwiej jest obwinić o brak sukcesu. To on kieruje drużyną, wybiera skład i taktykę, to on prowadzi ją do zwycięstw bądź klęsk.
Cud na Wembley
Wbrew pozorom, część dzisiejszych problemów z brakiem dostatecznej liczby trofeów w ostatnich latach to konsekwencje decyzji podjętej wiele lat temu, gdy zdecydowano się na budowę własnego stadionu. W lecie 1998 roku władze Arsenalu podjęły decyzję o przeniesieniu się na Wembley, ale miało to dotyczyć tylko meczów rozgrywanych w elitarnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. Highbury nie przynosiło oczekiwanego dochodu z dnia meczowego, więc wynajęcie najsłynniejszego piłkarskiego stadionu na świecie, który był tylko rzut beretem od Highbury, wydawało się najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. Oznaczało to przede wszystkim zmianę pojemności z 35 tysięcy (normalnie Highbury miało większą pojemność, ale na mecze LM była ona zmniejszana z powodów bezpieczeństwa) na ponad 70 tysięcy. W fazie grupowej Arsenal grał mecz w Londynie z mało renomowanym rywalem, jakim była AIK Solna ze Szwecji. Mimo to wszystkie bilety zostały sprzedane i 74 tysiące kibiców obejrzało to spotkanie. To był moment przełomowy dla władz „Kanonierów”. Włodarze klubu chcieli chwilowe granie na Wembley zmienić na stan stały, ale uniemożliwiła im to decyzja FA o remoncie obiektu. Wtedy podjęto decyzję o budowie własnego stadionu.











