Za nami hit 11. kolejki Premier League. Po niezbyt ciekawym meczu Manchester United pokonał Arsenal, tym samym zbliżając się do lidera angielskiej ekstraklasy.
Piętnaście strzałów, w tym zaledwie cztery celne. Statystyki tego meczu na kolana nie powalają, podobnie jak sam pojedynek. Zgodnie z grafiką, która dziś pojawiła się w angielskich mediach, zamiast żywego meczu oglądaliśmy świetnie realizowane zadania taktyczne obu zespołów. Przynajmniej w pierwszej połowie działo się naprawdę niewiele. Piłkarze chyba postanowili uczcić pamięć poległych żołnierzy nieco dłużej niż przedmeczową minutą ciszy i można powiedzieć, że przez pierwsze 45 minut praktycznie nie strzelali.
Jedyny gol w tym spotkaniu padł po rzucie rożnym. Dośrodkowywał Rooney, a niezawodny Robin (lub Traitor, zależy, kto na to patrzy) van Persie ślicznym uderzeniem głową pokonał Wojciecha Szczęsnego. Oprócz tego najgroźniejszym wydarzeniem było… zderzenie polskiego bramkarza z Philem Jonesem. Anglik praktycznie tego starcia nie odczuł, ale Polak kilka minut leżał na murawie. Na szczęście mógł kontynuować udział w meczu.
W drugiej połowie Arsenal przypomniał sobie, że przyjechał do Manchesteru grać w piłkę. Goście zdecydowanie przeważali, momentami naprawdę tłamsząc rywali. Konkretów było jednak z tego niewiele. Szkoda, że nikt podopiecznym Arsene Wengera nie powiedział, iż lewą stroną też mogą atakować. Londyńczycy zaczęli nacierać od 50. do 60. minuty. Najbliżej gola był Özil, ale piłka po jego strzale z powietrza wylądowała na bocznej siatce. Dośrodkowywał Bacary Sagna, który był jednym z niewielu wyróżniających się piłkarzy.
Arsenal mógł zostać skarcony, ale w odpowiedzi niewiele pomylił się Rooney, który uderzył obok słupka. Piłkarze United nieco uspokoili grę, jednak ostatni kwadrans to kolejne szaleńcze ataki gości, lecz tylko prawą stroną. Przewaga przerwana została tylko jednym rzutem wolnym. Po dośrodkowaniu van Persiego świetną okazję miał Smalling, jednak źle trafił głową w piłkę. Z kolei podopieczni Wengera nadal przebijali się tylko prawą stroną, gdzie sporo ożywienia wniósł Gnabry, wspierany przez Sagnę. Wrzutki Francuza budziły popłoch wśród obrońców Manchesteru i to po nich Arsenal miał najlepsze okazje do zdobycia gola. Przede wszystkim w doliczonym czasie gry, kiedy wprowadzony z ławki Bendtner na trzecim metrze nie przeciął piłki, z którą minęli się wszyscy defensorzy rywali.
Po stronie Davida Moyesa można wyróżnić Jonesa, Rooneya i van Persiego, ale właściwie (nie licząc akcji bramkowej) tylko za grę defensywną. Manchester, jak za czasów sir Aleksa Fergusona, był zabójczo skuteczny przy minimalnym nakładzie ofensywnym. Arsenal przeważał, był na połowie rywala, ale długie wymiany piłek nie kończyły się niczym konkretnym. Tym samym United do lidera ekstraklasy traci już tylko pięć punktów i powraca do walki o mistrzostwo.









