Lech Poznań pokonał 2:0 Koronę Kielce po dwóch bramkach Tomasza Mikołajczaka. Młody zawodnik wszedł na boisko w drugiej połowie i sam przesądził o wyniku meczu.
Lechici wygrali latem z Koroną aż 5:0 i choć prawdopodobieństwo powtórzenia tego rezultatu było nikłe, to Kolejorz ruszył z olbrzymim animuszem do ataku, tak jakby chciał od początku przywołać do parteru podopiecznych Marcina Sasala. Już w drugiej minucie Ivan Djurdjević mógł otworzyć wynik meczu, ale boczny arbiter podniósł w górę chorągiewkę – pozycja spalona. Chwilę później znakomitym podaniem obsłużył Roberta Lewandowskiego Semir Stilić, ale najlepszy strzelec rozgrywek adresował piłkę wprost w ręce Zbigniewa Małkowskiego. Mecz toczony był w dobrym tempie, zawodnicy Lecha szukali gry, ale ich dobra dyspozycja kończyła się przed polem karnym. Gdy już któryś z „Lechitów” znalazł się w dogodnej pozycji do oddania strzału, to albo posyłał piłkę w trybuny, albo lekko rozgrzewał bramkarza Korony. Grę Lecha można w pierwszej połowie sprowadzić do jednej osoby – Andersona Cueto. Piłkarza z Peru, który wszedł do podstawowej jedenastki za Jakuba Wilka, na boisku było wszędzie pełno, ale w jego szarżach na skrzydłach, groźnych zejściach do środka i dośrodkowaniach – brakowało ostatniego podania. Do przerwy we Wronkach nie oglądaliśmy bramek.

W drugiej połowie do ataku przystąpiła Korona. Edi wyłuskał piłkę Ivanovi Djurdjevicovi i podał do niepilnowanego Pawła Buśkiewicza, który przegrał pojedynek sam na sam z Jasminem Buriciem. Przez pierwsze dziesięć minut kielczanie praktycznie nie schodzili z połowy Lecha. Podopiecznym Jacka Zielińskiego udało się jednak przetrwać napór gości i powrócić do gry.
Nosa miał trener Lecha, który zmienił aktywnego, ale nieefektywnego Andersona Cueto, a w jego miejsce wprowadził napastnika Tomasza Mikołajczaka, który wówczas – w 63. minucie – nie wiedział jeszcze, że zostanie bohaterem wieczoru. Nim swojego debiutanckiego gola w Ekstraklasie zdobył były zawodnik Nielby Wągrowiec, groźnym strzałem zza pola karnego popisał się Sławomir Peszko. To był ostatni strzał „Lechitów”, po którym górą był bramkarz gości. W 78. minucie po dośrodkowaniu piłki z rzutu rożnego przez Peszkę, najwyżej do futbolówki wyskoczył Tomasz Mikołajczak, który uradował publiczność zgromadzoną na stadionie we Wronkach. Młody napastnik nie zamierzał poprzestać na jednym golu. Nie minęło dziesięć minut od objęcia prowadzenia przez Lecha, a było już 2:0. Mikołajczak zachował się jak rasowy snajper – z zimną krwią podciął piłkę i skutecznie przelobował Małkowskiego. Kto by się spodziewał, że zawodnik, który jeszcze w poprzednim sezonie grał w drugiej lidze, zostanie bohaterem Lecha? Mikołajczak, który przez całą rundę jesienną aklimatyzował się w Ekstraklasie, potwierdził tym meczem, że na wiosnę może być pełnoprawnym partnerem Roberta Lewandowskiego w ataku. Lech wygrał planowo i potwierdził, że na wiosnę nadal będzie liczył się w walce o mistrzostwo.











