5. kolejka T-Mobile Ekstraklasy to kolejka niespodzianek. Przegrał Lech Poznań, przegrała krakowska Wisła, przegrał też Śląsk Wrocław w starciu przy Oporowskiej z Widzewem Łódź. Podopieczni trenera Mroczkowskiego odnieśli drugie zwycięstwo z rzędu.
W pierwszej połowie mecz toczył się w dość spokojnym tempie. Od początku było widać, że Widzew nie przestraszył się piłkarzy Śląska. Widzewiacy odważnie konstruowali akcje poprzez odbieranie piłki w środku pola. Tymczasem wrocławianie spokojnie grali atakiem pozycyjnym. Obie strony przez pierwsze dwa kwadranse nie stworzyły sobie dogodnych sytuacji.

Doczekaliśmy się ich dopiero w 30. minucie, kiedy to świetną dwójkową akcję przeprowadził zespół Oresta Lenczyka. Piotr Ćwielong na pełnej szybkości popędził prawą stroną, tuż przed polem karnym zagrał do Sebastiana Mili, który od razu odegrał piłkę popularnemu „Pepe”. Jego strzał wybronił Maciej Mielcarz.
Niewykorzystane okazję się mszczą? Okazało się, że tak. Dziecinnie prosty błąd popełnili wrocławscy obrońcy w 33. minucie. Skupieni na ataku pozycyjnym, zapomnieli zabezpieczyć tyły. Na środku boiska został Nika Dzalamidze, który otrzymał długie podanie w kierunku bramki Mariana Kelemena. Wykorzystując swoją szybkość, pognał za futbolówką, zachował zimną krew w starciu z bramkarzem Śląska i skierował piłkę do siatki.
Wicemistrzom kraju zostały podcięte skrzydła, co wykorzystali widzewiacy. Pięć minut później było już 2:0 dla gości. Dudu Paraiba dośrodkował z rzutu wolnego, piłkę głową strącił Jarosław Bieniuk, który strzelił swoją pierwszą bramkę dla Widzewa.
Początek drugiej części gry to prawdziwa wymiana ciosów z obu stron. Widzew wcale nie dał zepchnąć się do defensywy. Raz po raz, to pod jedną, to pod drugą bramką mieliśmy sytuacje strzeleckie. Najpierw Dudu łatwo ograł wprowadzonego w przerwie Sochę, dośrodkował w pole karne, ale piłkę wybili defensorzy z Oporowskiej. Później były dwie szanse dla Voskampa – Mila zagrał długą piłkę do niego na dobieg, ale Holender został wzięty w kleszcze przez łódzkich stoperów. Chwilę potem Amir Spahić zagrał piłkę na głowę snajpera z Holandii, ale problemów z tym nie miał Mielcarz. Widzew odpowiedział akcją duetu Oziębała – Broź. Po dograniu tego pierwszego Broź był bliski pokonania Kelemena, lecz futbolówka minimalnie minęła bramkę.
Tak na dobrą sprawę, to Widzew miał więcej z gry w pierwszym kwadransie drugiej połowy. Wicemistrz Polski zbyt wolno rozgrywał piłkę, ponadto musiał uważać na kontry ze strony łodzian, bo jedna z nich mogła zakończyć mecz. Podopieczni Radosława Mroczkowskiego byli dobrze zorganizowani w destrukcji i w środku pola. Mielcarz jednak skapitulował w 66. minucie. Łukasz Madej dośrodkował w kierunku Mili, który skierował piłkę do siatki… barkiem.











