Kibice Jagiellonii Białystok, którzy wybrali się na dzisiejsze spotkanie z Widzewem, w pierwszej połowie musieli przecierać oczy ze zdumienia. Aspirującą do walki o mistrzostwo „Jagę” skarcili skazani na pożarcie łodzianie, którzy utrzymali przewagę zdobytą przed przerwą.

Chyba nikt przed meczem nie spodziewał się takiego wyniku. Niemniej jednak już od pierwszych minut Widzew bardzo troszczył się o to, żeby rozpatrzeć nawet najczarniejsze scenariusze. Zaledwie ponad minutę od pierwszego gwizdka z piłką na 30. metrze obrócił się Grzelczak i fenomenalnym uderzeniem pokonał Grzegorza Sandomierskiego. Pomocnik gości dzięki temu trafieniu będzie głównym faworytem do tytułu zdobywcy bramki sezonu. Mało brakło, a do historii wpisałby się jeszcze jako zdobywca hat-tricka już w pierwszym kwadransie spotkania! Kilka minut później najpierw niecelnie uderzał nad poprzeczką, a w 13. minucie techniczny strzał znakomicie wybronił golkiper „Dumy Podlasia”. Michał Probierz, obserwując postawę swoich podopiecznych, prawdopodobnie przecierał oczy ze zdumienia. Jego zdziwienie musiało być tym większe 20 minut później, kiedy to z 0:1 zrobiło się 0:3. Prowadzenie potroił Darvydas Sernas, na którego trafienia w Ekstraklasie kibice Widzewa czekali od 27 listopada ubiegłego roku. Litwin, który wszedł z ławki za kontuzjowanego Szymanka 10 minut wcześniej, najpierw pewnie wykorzystał rzut karny podyktowany za zagranie ręką Kijanskasa, a chwilę później z zimną krwią wygrał pojedynek sam na sam. Sandomierskiemu na pocieszenie pozostało to, że wcześniej znów popisał się wyborną interwencją, zatrzymując mającego wspaniałą szansę Litwina.
Piłkarzy gospodarzy schodzących na przerwę żegnały gwizdy. Wbrew woli kibiców wicelidera Ekstraklasy, przyniosły one praktycznie skutek odwrotny od zamierzonego. Widzew pomimo prowadzenia nie nastawił się na obronę i wciąż atakował. Na listę strzelców powinien się wpisać Oziębała, który oddał piękny strzał z dystansu, jednak przed apokalipsą „Żółto-czerwonych” kolejny raz uratował Sandomierski. Jego koledzy bardzo rzadko próbowali poprawić mu nastroje, jednak nawet jeśli, to ich strzały nie miały prawa zagrozić bramce Kanieckiego. Na kwadrans przed końcem goście znów dali o sobie znać – najpierw dobrą sytuację zmarnował Nakoulma, a chwilę później drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę otrzymał Jarosław Bieniuk, który opuścił plac gry. Emocje rosły z minuty na minutę, a Jagiellonia próbowała gonić wynik. Honorowe trafienie zdołał uzyskać w doliczonym czasie gry niezawodny Frankowski, który wykorzystał podanie Makuszewskiego. Na tylko jedną bramkę stać było dzisiaj podopiecznych Michała Probierza, którzy gdyby nie dobra dyspozycja Sandomierskiego, mogliby przegrać jeszcze wyżej.











