Jeden ze znanych producentów odzieży i innych akcesoriów sportowych prowadził kiedyś kampanię pod hasłem „Impossible is nothing”. Często wydaje mi się, że są jednak rzeczy, które spełnić się po prostu nie mogą. Jeśli takie myślenie dotyczy również Was, to serdecznie zapraszam do przeczytania tego artykułu.
Piłka nożna jest sportem kochanym przez miliony, ba, miliardy osób na całym świecie. Dla sporej części z nich jest czymś więcej niż religia, jest sensem życia. Również iGol jest tworzony „z miłości do futbolu”. Zastanawialiście się kiedyś, co sprawia, że futbol zawładnął sercami tak wielkiej rzeszy ludzi?
Thomas Jirsak (fot. Rafał Rusek /igol.pl)
Jeśli dogłębnie mielibyśmy przeanalizować temat, to myślę, że musiałbym napisać na ten temat książkę. Chcę skupić się jednak na jednej, aczkolwiek bardzo istotnej kwestii, na emocjach. To one sprawiają, że mimo iż futbol znany jest już od ponad stu lat, to jednak nadal jest sportem, który cieszy się największą popularnością na świecie. Cóż jest bowiem piękniejszego niż zwycięstwo ukochanej drużyny z odwiecznym rywalem, zdobycie trofeum? Nawet pospolite strzelenie bramki jest czymś wyjątkowym. Moment, gdy futbolówka toczy się do bramki, jest chwilą, w której kibice zamierają. Czy można bowiem myśleć o czymś innym niż tylko o tym, by ta cholerna piłka wreszcie zatrzepotała w siatce?
Artykuł ten piszę natchniony awansem Wisły do 1/16 finału Ligi Europy. Emocje towarzyszące temu spotkaniu do ostatniej chwili oraz wielka radość po końcowym gwizdku na Craven Cottage sprawiają, że zaczynam wierzyć, iż niemożliwe nie istnieje. Oprócz przykładu „Białej Gwiazdy” podam jeszcze dwa inne, które to potwierdzą.
1. Niemożliwe nie istnieje. Akt I
Patrząc chronologicznie na wydarzenia, które chcę opisać, zacznę od meczu Liverpoolu z Milanem. Obie drużyny w 2005 roku spotkały się w finale Ligi Mistrzów w Stambule. Gorący turecki wieczór na stałe wpisał się do historii światowego futbolu. Wszyscy spodziewali się wielkich emocji, lecz chyba nikt nie przypuszczał, że w trakcie tego meczu los będzie aż tak przewrotny. Spotkanie to było szczególnie ważne także dla nas, Polaków, których w finale reprezentował bramkarz „The Reds” Jerzy Dudek, bohater tego spotkania. O tym jednak później…
Milan rozpoczął z wielkim impetem. Już w pierwszej minucie Włosi po bramce legendy zespołu, Paolo Maldiniego, objęli prowadzenie. Przed przerwą dwa trafienia zanotował jeszcze Crespo i Milan schodził na przerwę, prowadząc 3:0. Chyba nikt nie myślał, że Liverpool zdoła odrobić straty.
Miałem okazję czytać biografię Jerzego Dudka. Na końcu książki odnalazłem jeden bardzo istotny cytat. Słowa, które najlepiej oddają istotę tamtej chwili: „kiedy do przerwy przegrywasz 0:3 nie możesz wierzyć w cuda, musisz wierzyć w siebie”. Oj, jak Jurek wierzył!
Kilka minut po wznowieniu gry Steven Gerrard niczym prawdziwy kapitan dał zespołowi sygnał do ataku, zdobywając gola strzałem głową. Po chwili na strzał z dystansu zdecydował się Smicer. Czech nigdy nie był wielką gwiazdą. Solidny piłkarz, ale bez błysku. W jednym z programów dotyczących tego spotkania piłkarze grający dla Liverpoolu wspominali, że widząc Vladimira składającego się do strzału, w głębi duszy przeklinali, będąc pewni, że to błędna decyzja. Ten niepozorny Czech miał jednak swój moment w świetle fleszy. Piłka wpadła przy dłuższym słupku, a Smicer utonął w objęciach kolegów.
Liverpool szedł za ciosem. Nie minęło kilkadziesiąt sekund, a w polu karnym powalony został jeden z zawodników „The Reds” i arbiter podyktował „jedenastkę”. Do jej wykonania wyznaczony był Xabi Alonso. Choć Hiszpan przegrał pojedynek z Didą, to jednak zdołał dobić swój strzał i niemożliwe stało się faktem, Anglicy wyrównali.
90 minut nie dało rozstrzygnięcia. Również emocjonująca dogrywka nie wskazała zwycięzcy, choć Milan był niesamowicie bliski szczęścia. W końcówce dodatkowych 30 minut dośrodkowanie trafiło wprost na głowę Szewczenki. Ukrainiec uderzył na bramkę, ale Dudek zdołał odbić piłkę. Do futbolówki dopadł jednak Szewczenko i… Chyba nie przesadzę, gdy powiem, że cały świat zamarł. W głowach obu zawodników ta sekunda trwała chyba wieczność. Końcówka dogrywki, jeden lub drugi może być bohaterem. Wydawało się, że jeden z najlepszych piłkarzy globu za chwilę zapewni Milanowi wygraną. Tymczasem Dudek intuicyjnie wysunął rękę, w którą trafiła piłka! W tym momencie dla wielu osób jasne stało się, że Liverpool nie może już przegrać. Pokrzepieni tą sytuacją zawodnicy podeszli do rzutów karnych, w których brylował już tylko polski bramkarz. „Taniec Dudka”, podobnie jak i cały finał, na stałe przejdzie do historii.
Liverpool po zwycięskiej serii „jedenastek”, w której decydującego karnego nie wykorzystał Szewczenko, wzniósł w górę Puchar Europy. Była to wzruszająca chwila, która pokazała, że warto wierzyć do samego końca, ponieważ cuda się zdarzają. Impossible is nothing!
2. Niemożliwe nie istnieje. Akt II
Kolejnym przykładem na to, że warto wierzyć do samego końca, jest spotkanie, które Lechowi Poznań dało awans do fazy grupowej Pucharu UEFA. Po porażce w Wiedniu z Austrią 1:2 u siebie lechici musieli wygrać przynajmniej 1:0.
Już w 10. minucie po błędzie obrońców piłkę do bramki wpakował Hernan Rengifo. Lechici rozgrywali znakomite spotkanie. Niewiele wskazywało na to, by Austriacy byli w stanie zdobyć gola. Raczej spodziewaliśmy się kolejnych bramek dla „Kolejorza”. Tymczasem w 62. minucie arbiter podyktował rzut karny dla gości, który pewnie wykorzystał Acimović. Czas nieubłaganie uciekał, a wraz z nim faza grupowa Pucharu UEFA. Lechici starali się zdobyć gola dającego dogrywkę. Niesieni przez doping kilkunastu tysięcy kiboli poznaniacy zdołali dokonać niemożliwego. Na pięć minut przed końcem futbolówkę w polu karnym otrzymał Peszko, który długo nie zwlekając ze strzałem, pokonał bramkarza Austrii.
W dogrywce bramkę zdobył wchodzący wtedy do drużyny Robert Lewandowski, który golkipera pokonał strzałem tuż zza linii pola karnego. Wydawało się, że już nic złego nie może się stać i poznaniacy, kontrolując przebieg meczu, wywalczą awans. Tymczasem już dwie minuty później pozornie niegroźna akcja wiedeńczyków zakończyła się bramką Hattenbergera. Austriacy zdecydowanie grali na utrzymanie wyniku. Nie kwapili się do ataku. Z kolei podopieczni Franciszka Smudy dwoili się i troili. Przyznam, że zwątpiłem. Nie wierzyłem, by Lech zdołał zadać decydujący cios. Załamany straconą szansą postanowiłem jednak obejrzeć mecz do końca. Ostatnią akcję przeprowadził Peszko, który dośrodkował w pole karne. Tam futbolówka znalazła się pod nogami Arboledy. Odskoczyła jednak Kolumbijczykowi. Niespodziewanie błąd przy wybiciu popełnił Jacek Bąk, do piłki dopadł Rafał Murawski i oddał strzał. W gąszczu nóg futbolówka znalazła chyba jedyną wolną przestrzeń i po chwili zatrzepotała w siatce. Była to 121. minuta meczu. Niemożliwe nie istnieje!
3. Niemożliwe nie istnieje. Akt III
Ostatnim przykładem jest oczywiście najświeższa historia Wisły Kraków. Widząc, że Wisła prowadzi, a Fulham, prowadząc, zbliża się do końca meczu, wierzyłem w pomyślne rozstrzygnięcie. Nauczyły mnie tego wyżej wymienione wydarzenia. Do ostatnich chwil miałem włączone okienko z wynikiem spotkania rozgrywanego na Craven Cottage. O tym meczu w ostatnich dniach powiedziano już wiele, dlatego dołączam filmik, który chyba najlepiej odda emocje oraz radość, jakie przyniósł nam ten mecz.
W momencie, gdy ujrzałem wynik 2:2, byłem nieco zaskoczony, ale głównym uczuciem, które mi towarzyszyło, była satysfakcja. Satysfakcja, że nie zwątpiłem. Bo w końcu niemożliwe nie istnieje!
PS Wybaczcie, że nie napisałem o wielu innych wspaniałych meczach, które dają wiarę, jak np. pojedynek Legii ze Spartakiem na Łużnikach czy mecz Legia – Widzew. Jedno jest pewne, takie spotkania pokazują, że futbol jest wielki!
Jeden ze znanych producentów odzieży i innych akcesoriów sportowych prowadził kiedyś kampanię pod hasłem „Impossible is nothing”. Często wydaje mi się, że są jednak rzeczy, które spełnić się po prostu nie mogą. Jeśli takie myślenie dotyczy również Was, to serdecznie zapraszam do przeczytania tego artykułu.
Piłka nożna jest sportem kochanym przez miliony, ba, miliardy osób na całym świecie. Dla sporej części z nich jest czymś więcej niż religia, jest sensem życia. Również iGol jest tworzony „z miłości do futbolu”. Zastanawialiście się kiedyś, co sprawia, że futbol zawładnął sercami tak wielkiej rzeszy ludzi?
Thomas Jirsak (fot. Rafał Rusek /igol.pl)
Jeśli dogłębnie mielibyśmy przeanalizować temat, to myślę, że musiałbym napisać na ten temat książkę. Chcę skupić się jednak na jednej, aczkolwiek bardzo istotnej kwestii, na emocjach. To one sprawiają, że mimo iż futbol znany jest już od ponad stu lat, to jednak nadal jest sportem, który cieszy się największą popularnością na świecie. Cóż jest bowiem piękniejszego niż zwycięstwo ukochanej drużyny z odwiecznym rywalem, zdobycie trofeum? Nawet pospolite strzelenie bramki jest czymś wyjątkowym. Moment, gdy futbolówka toczy się do bramki, jest chwilą, w której kibice zamierają. Czy można bowiem myśleć o czymś innym niż tylko o tym, by ta cholerna piłka wreszcie zatrzepotała w siatce?
Artykuł ten piszę natchniony awansem Wisły do 1/16 finału Ligi Europy. Emocje towarzyszące temu spotkaniu do ostatniej chwili oraz wielka radość po końcowym gwizdku na Craven Cottage sprawiają, że zaczynam wierzyć, iż niemożliwe nie istnieje. Oprócz przykładu „Białej Gwiazdy” podam jeszcze dwa inne, które to potwierdzą.
1. Niemożliwe nie istnieje. Akt I
Patrząc chronologicznie na wydarzenia, które chcę opisać, zacznę od meczu Liverpoolu z Milanem. Obie drużyny w 2005 roku spotkały się w finale Ligi Mistrzów w Stambule. Gorący turecki wieczór na stałe wpisał się do historii światowego futbolu. Wszyscy spodziewali się wielkich emocji, lecz chyba nikt nie przypuszczał, że w trakcie tego meczu los będzie aż tak przewrotny. Spotkanie to było szczególnie ważne także dla nas, Polaków, których w finale reprezentował bramkarz „The Reds” Jerzy Dudek, bohater tego spotkania. O tym jednak później…
Milan rozpoczął z wielkim impetem. Już w pierwszej minucie Włosi po bramce legendy zespołu, Paolo Maldiniego, objęli prowadzenie. Przed przerwą dwa trafienia zanotował jeszcze Crespo i Milan schodził na przerwę, prowadząc 3:0. Chyba nikt nie myślał, że Liverpool zdoła odrobić straty.
Miałem okazję czytać biografię Jerzego Dudka. Na końcu książki odnalazłem jeden bardzo istotny cytat. Słowa, które najlepiej oddają istotę tamtej chwili: „kiedy do przerwy przegrywasz 0:3 nie możesz wierzyć w cuda, musisz wierzyć w siebie”. Oj, jak Jurek wierzył!
Kilka minut po wznowieniu gry Steven Gerrard niczym prawdziwy kapitan dał zespołowi sygnał do ataku, zdobywając gola strzałem głową. Po chwili na strzał z dystansu zdecydował się Smicer. Czech nigdy nie był wielką gwiazdą. Solidny piłkarz, ale bez błysku. W jednym z programów dotyczących tego spotkania piłkarze grający dla Liverpoolu wspominali, że widząc Vladimira składającego się do strzału, w głębi duszy przeklinali, będąc pewni, że to błędna decyzja. Ten niepozorny Czech miał jednak swój moment w świetle fleszy. Piłka wpadła przy dłuższym słupku, a Smicer utonął w objęciach kolegów.
Liverpool szedł za ciosem. Nie minęło kilkadziesiąt sekund, a w polu karnym powalony został jeden z zawodników „The Reds” i arbiter podyktował „jedenastkę”. Do jej wykonania wyznaczony był Xabi Alonso. Choć Hiszpan przegrał pojedynek z Didą, to jednak zdołał dobić swój strzał i niemożliwe stało się faktem, Anglicy wyrównali.
90 minut nie dało rozstrzygnięcia. Również emocjonująca dogrywka nie wskazała zwycięzcy, choć Milan był niesamowicie bliski szczęścia. W końcówce dodatkowych 30 minut dośrodkowanie trafiło wprost na głowę Szewczenki. Ukrainiec uderzył na bramkę, ale Dudek zdołał odbić piłkę. Do futbolówki dopadł jednak Szewczenko i… Chyba nie przesadzę, gdy powiem, że cały świat zamarł. W głowach obu zawodników ta sekunda trwała chyba wieczność. Końcówka dogrywki, jeden lub drugi może być bohaterem. Wydawało się, że jeden z najlepszych piłkarzy globu za chwilę zapewni Milanowi wygraną. Tymczasem Dudek intuicyjnie wysunął rękę, w którą trafiła piłka! W tym momencie dla wielu osób jasne stało się, że Liverpool nie może już przegrać. Pokrzepieni tą sytuacją zawodnicy podeszli do rzutów karnych, w których brylował już tylko polski bramkarz. „Taniec Dudka”, podobnie jak i cały finał, na stałe przejdzie do historii.
Liverpool po zwycięskiej serii „jedenastek”, w której decydującego karnego nie wykorzystał Szewczenko, wzniósł w górę Puchar Europy. Była to wzruszająca chwila, która pokazała, że warto wierzyć do samego końca, ponieważ cuda się zdarzają. Impossible is nothing!
2. Niemożliwe nie istnieje. Akt II
Kolejnym przykładem na to, że warto wierzyć do samego końca, jest spotkanie, które Lechowi Poznań dało awans do fazy grupowej Pucharu UEFA. Po porażce w Wiedniu z Austrią 1:2 u siebie lechici musieli wygrać przynajmniej 1:0.
Już w 10. minucie po błędzie obrońców piłkę do bramki wpakował Hernan Rengifo. Lechici rozgrywali znakomite spotkanie. Niewiele wskazywało na to, by Austriacy byli w stanie zdobyć gola. Raczej spodziewaliśmy się kolejnych bramek dla „Kolejorza”. Tymczasem w 62. minucie arbiter podyktował rzut karny dla gości, który pewnie wykorzystał Acimović. Czas nieubłaganie uciekał, a wraz z nim faza grupowa Pucharu UEFA. Lechici starali się zdobyć gola dającego dogrywkę. Niesieni przez doping kilkunastu tysięcy kiboli poznaniacy zdołali dokonać niemożliwego. Na pięć minut przed końcem futbolówkę w polu karnym otrzymał Peszko, który długo nie zwlekając ze strzałem, pokonał bramkarza Austrii.
W dogrywce bramkę zdobył wchodzący wtedy do drużyny Robert Lewandowski, który golkipera pokonał strzałem tuż zza linii pola karnego. Wydawało się, że już nic złego nie może się stać i poznaniacy, kontrolując przebieg meczu, wywalczą awans. Tymczasem już dwie minuty później pozornie niegroźna akcja wiedeńczyków zakończyła się bramką Hattenbergera. Austriacy zdecydowanie grali na utrzymanie wyniku. Nie kwapili się do ataku. Z kolei podopieczni Franciszka Smudy dwoili się i troili. Przyznam, że zwątpiłem. Nie wierzyłem, by Lech zdołał zadać decydujący cios. Załamany straconą szansą postanowiłem jednak obejrzeć mecz do końca. Ostatnią akcję przeprowadził Peszko, który dośrodkował w pole karne. Tam futbolówka znalazła się pod nogami Arboledy. Odskoczyła jednak Kolumbijczykowi. Niespodziewanie błąd przy wybiciu popełnił Jacek Bąk, do piłki dopadł Rafał Murawski i oddał strzał. W gąszczu nóg futbolówka znalazła chyba jedyną wolną przestrzeń i po chwili zatrzepotała w siatce. Była to 121. minuta meczu. Niemożliwe nie istnieje!
3. Niemożliwe nie istnieje. Akt III
Ostatnim przykładem jest oczywiście najświeższa historia Wisły Kraków. Widząc, że Wisła prowadzi, a Fulham, prowadząc, zbliża się do końca meczu, wierzyłem w pomyślne rozstrzygnięcie. Nauczyły mnie tego wyżej wymienione wydarzenia. Do ostatnich chwil miałem włączone okienko z wynikiem spotkania rozgrywanego na Craven Cottage. O tym meczu w ostatnich dniach powiedziano już wiele, dlatego dołączam filmik, który chyba najlepiej odda emocje oraz radość, jakie przyniósł nam ten mecz.
W momencie, gdy ujrzałem wynik 2:2, byłem nieco zaskoczony, ale głównym uczuciem, które mi towarzyszyło, była satysfakcja. Satysfakcja, że nie zwątpiłem. Bo w końcu niemożliwe nie istnieje!
PS Wybaczcie, że nie napisałem o wielu innych wspaniałych meczach, które dają wiarę, jak np. pojedynek Legii ze Spartakiem na Łużnikach czy mecz Legia – Widzew. Jedno jest pewne, takie spotkania pokazują, że futbol jest wielki!