Jeden ze znanych producentów odzieży i innych akcesoriów sportowych prowadził kiedyś kampanię pod hasłem „Impossible is nothing”. Często wydaje mi się, że są jednak rzeczy, które spełnić się po prostu nie mogą. Jeśli takie myślenie dotyczy również Was, to serdecznie zapraszam do przeczytania tego artykułu.
Piłka nożna jest sportem kochanym przez miliony, ba, miliardy osób na całym świecie. Dla sporej części z nich jest czymś więcej niż religia, jest sensem życia. Również iGol jest tworzony „z miłości do futbolu”. Zastanawialiście się kiedyś, co sprawia, że futbol zawładnął sercami tak wielkiej rzeszy ludzi?

Jeśli dogłębnie mielibyśmy przeanalizować temat, to myślę, że musiałbym napisać na ten temat książkę. Chcę skupić się jednak na jednej, aczkolwiek bardzo istotnej kwestii, na emocjach. To one sprawiają, że mimo iż futbol znany jest już od ponad stu lat, to jednak nadal jest sportem, który cieszy się największą popularnością na świecie. Cóż jest bowiem piękniejszego niż zwycięstwo ukochanej drużyny z odwiecznym rywalem, zdobycie trofeum? Nawet pospolite strzelenie bramki jest czymś wyjątkowym. Moment, gdy futbolówka toczy się do bramki, jest chwilą, w której kibice zamierają. Czy można bowiem myśleć o czymś innym niż tylko o tym, by ta cholerna piłka wreszcie zatrzepotała w siatce?
Artykuł ten piszę natchniony awansem Wisły do 1/16 finału Ligi Europy. Emocje towarzyszące temu spotkaniu do ostatniej chwili oraz wielka radość po końcowym gwizdku na Craven Cottage sprawiają, że zaczynam wierzyć, iż niemożliwe nie istnieje. Oprócz przykładu „Białej Gwiazdy” podam jeszcze dwa inne, które to potwierdzą.
1. Niemożliwe nie istnieje. Akt I
Patrząc chronologicznie na wydarzenia, które chcę opisać, zacznę od meczu Liverpoolu z Milanem. Obie drużyny w 2005 roku spotkały się w finale Ligi Mistrzów w Stambule. Gorący turecki wieczór na stałe wpisał się do historii światowego futbolu. Wszyscy spodziewali się wielkich emocji, lecz chyba nikt nie przypuszczał, że w trakcie tego meczu los będzie aż tak przewrotny. Spotkanie to było szczególnie ważne także dla nas, Polaków, których w finale reprezentował bramkarz „The Reds” Jerzy Dudek, bohater tego spotkania. O tym jednak później…
Milan rozpoczął z wielkim impetem. Już w pierwszej minucie Włosi po bramce legendy zespołu, Paolo Maldiniego, objęli prowadzenie. Przed przerwą dwa trafienia zanotował jeszcze Crespo i Milan schodził na przerwę, prowadząc 3:0. Chyba nikt nie myślał, że Liverpool zdoła odrobić straty.
Miałem okazję czytać biografię Jerzego Dudka. Na końcu książki odnalazłem jeden bardzo istotny cytat. Słowa, które najlepiej oddają istotę tamtej chwili: „kiedy do przerwy przegrywasz 0:3 nie możesz wierzyć w cuda, musisz wierzyć w siebie”. Oj, jak Jurek wierzył!











