„Dawno nie było tak dobrej atmosfery w kadrze!” – krzyczą chórem nasi reprezentanci. Wszystko odmieniło legendarne zwycięstwo z Niemcami, pierwsze w historii naszej piłki kopanej. Upokorzyliśmy naszych zachodnich rywali, a orły Nawałki przecież nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.
Muszą jednak z powrotem wrócić na ziemię i uświadomić sobie, że w ostatnim spotkaniu szczęście było po naszej stronie. Przeciwnicy walili głową w mur/Szczęsnego/poprzeczkę/obrońców. Trafiali we wszystko, tylko nie do siatki. Na własnej ziemi taka sytuacja jest niedopuszczalna, więc czeka nas wieczorem piekło.
Polacy mają naturalną skłonność do przechodzenia ze skrajności w skrajność. Przegrywamy – „wstyd, żenada, kompromitacja, hańba, frajerstwo, nie wracajcie do domu!”, wygrywamy – zbiorowy orgazm, ogólnopolska euforia, zwycięzców się nie sądzi etc. Podchodzimy do wszystkiego zbyt emocjonalnie, nie uznajemy półśrodków, istnieje tylko system zero-jedynkowy. Białe albo czarne. Po jednym meczu zaczynamy dostrzegać wszystkie zalety Peszki, a po kolejnym określamy mianem nieudacznika. A on w obu spotkaniach był sobą. Przecież nagle nie wypił dziesięciu litrów soku z gumijagód, nie odpalił nitro. Pewnego pułapu nie przeskoczysz.
Przegląd wojsk
Polscy kibice pod względem naiwności wiary przed meczem przewyższają wszystkich. Nie mamy sobie równych w tej dyscyplinie, podobnie jak w marudzeniu w trakcie meczu czy skrajnych emocjach po spotkaniu. Jesteśmy turbokozakami. Jeśli jednak zapytacie przypadkowego fana naszej kadry, dlaczego wygramy z drużyną „X” lub „Y”, to nagle brakuje nam języka. „Bo jest Lewandowski, yyyy… dobrzy bramkarze, Krychowiak… i ten no… Błaszczykowski”. Tak mocno jest napompowany ten medialny balonik, że podświadomie uważamy Polaków za faworytów. Wierzymy w to tak mocno, że aż… sami nie wiemy dlaczego.
Skoro już na siłę mam szukać pozytywów, to niech będzie ten mocny środek pola, choć niestety wczoraj wieczorem otrzymaliśmy niemiłą wiadomość o wykluczeniu Linettego z dzisiejszego meczu. W jego miejsce prawdopodobnie wskoczy Tomasz Jodłowiec, będący ostatnio w słabszej formie.
Jeśli patrzę na nasz środek pola, to nie mam na myśli trzech wirtuozów futbolu, ale bestie, które zagryzą każdego, kto pojawi się na horyzoncie. Już mam przed oczami groźną minę Krychowiaka, który nie będzie przebierał w środkach. Piłka przejdzie – zawodnik nigdy. Niemiecki zawodnik tym bardziej. Nawałka szukał trzeciego pitbulla, ale bezskutecznie. Trio uzupełnia spokojny i zaufany człowiek, Krzysztof Mączyński, który jest w formie. Przyda się gość, który po odbiorze nie spanikuje i nagle piłka nie zacznie mu przeszkadzać i plątać się między nogami. Potrzeba trochę zimnej wody na rozgrzane głowy naszych walczaków.












