Dzisiaj odbyły się trzy ostatnie mecze piątej rundy FA Cup 2011/2012. Jeden z nich będziemy oglądać jeszcze raz, ponieważ Stevenage zatrzymało Tottenham. W dwóch pozostałych spotkaniach wszystko poszło zgodnie z planem, czyli kluby z Premier League (Liverpool i Stoke) ograły niżej notowanych przeciwników, odpowiednio Brighton i Crawley Town.
Niedziela z FA Cup zaczęła się stosunkowo wcześnie, bo w samo południe (angielskiego czasu) na Broadfield Stadium, gdzie miejscowy zespół, czwartoligowe Crawley Town, podejmował faworyzowane Stoke. Na początku spotkania wydawało się jednak, że gospodarze będą mogli powalczyć z ubiegłorocznymi finalistami FA Cup, ponieważ zaledwie 17 minut na boisku przebywał Rory Delap. Irlandczyk starł się z Davidem Huntem, za co sędzia wyrzucił go z boiska. Decyzja była kontrowersyjna i doprowadziła Tony’ego Pulisa niemal do furii.
Goście udowodnili jednak, że Premier League i League Two dzieli różnica klas. I to kilku. Co prawda Crouch najpierw niemal skierował piłkę do własnej bramki (uratowała go poprzeczka), ale w 41. minucie powalony w polu karnym rywala został Shawcross. Sędzia nie skrzywdził przyjezdnych po raz drugi i podyktował „jedenastkę”, którą pewnie wykorzystał Walters. Siedem minut po zmianie stron Crouch natomiast zrobił użytek ze swoich dwóch metrów wzrostu, po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Whelana przeskoczył Claude’a Davisa i pewnym strzałem pokonał Gilmartina. „The Potters” wygrali 2:0 i są o jeden krok bliżej od powtórzenia zeszłorocznego sukcesu w Pucharze Anglii.
Od 15:00 (już czasu polskiego) oczy wszystkich zainteresowanych przeniosły się na Broadhall Way, czyli dom trzecioligowego Stevenage. Tam zawitał najlepszy obecnie zespół z Londynu, a więc Tottenham Hotspur. Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, ale „Koguty” do domu wróciły chyba bez kilku piórek. Gospodarze bowiem postawili poprzeczkę niespodziewanie wysoko. Niektórzy mogli się tego spodziewać, ponieważ Stevenage w tej edycji FA Cup nie straciło jeszcze gola. Chris Day nie dał się również pokonać Bale’owi, Defoe czy Lennonowi. Bramkę zdobył co prawda Saha, ale pechowo trafił w stojącego na linii bramkowej Parkera i sędzia słusznie odgwizdał spalonego.
Gospodarze dobrze i mądrze się bronili, ale i sami od czasu do czasu atakowali. W kilku sytuacjach Cudicini miał problemy przy interwencjach, jednak nie dał się pokonać. Skończyło się na bezbramkowym remisie i dzielni gospodarze załatwili sobie w ten sposób wycieczkę na White Hart Lane, a jeśli i w Londynie tak zgrają, to może uda się osiągnąć coś więcej…
Małą liczbę goli w dwóch pierwszych meczach całkowicie zrekompensował pojedynek na Anfield Road. Liverpool podejmował Brighton. „The Reds” mieli wygrać efektownie i tego dokonali, lecz trzeba przyznać, że z dużą pomocą gości. Ale po kolei. Zaczęło się zgodnie z planem, w 5. minucie Skrtel wykorzystał dośrodkowanie Gerrarda z rożnego i zrobił to, co umie najlepiej, czyli wspaniale zagrał głową, dając miejscowym prowadzenie. Wynik utrzymał się jednak zaledwie przez 12 minut, bo potężną torpedę do bramki Reiny posłał wtedy LuaLua.
Mimo to na przerwę liverpoolczycy schodzili, prowadząc. Kilkadziesiąt sekund przed końcem pierwszej połowy po wielkim zamieszaniu w polu karnym Vokes chciał wybić piłkę z linii bramkowej, ale trafił nią w swojego kolegę – Bridcutta – i futbolówka wpadła do siatki. Po zmianie stron przypomniał o sobie Andy Carroll. Po dobrym dośrodkowaniu Downinga Anglik strzelił w swoim stylu, czyli mocno, a co najważniejsze celnie. Brezovan był bez szans i zrobiło się 3:1.
Ostatnie 20 minut było kuriozalne. Zaczęło się od akcji Gerrarda, po której Bridcutt znowu wpisał się na listę strzelców, ale po raz drugi trafił nie do tej bramki, co trzeba. Chwilę później kunsztem technicznym chciał się pochwalić Dunk, ale udowodnił tylko, że go absolutnie nie posiada i nie bez powodu gra na pozycji obrońcy w czwartej lidze. Po każdym jego kopnięciu piłka ma lecieć jak najdalej. Na swoje nieszczęście, Anglik był odwrócony twarzą do własnej bramki i futbolówka po odbiciu się od jego kolana przekroczyła linię końcową. Dla 20-latka to zapewne nieprzyjemne, acz cenne doświadczenie i przestroga na przyszłość.
Później był rzut karny, którego nie wykorzystał Suarez. Urugwajczyk zrehabilitował się chwilę później, ustalając wynik spotkania po zgraniu piłki przez Carrolla i strzale głową z dwóch metrów. Przed końcowym gwizdkiem mogliśmy jeszcze „podziwiać” pewnego mężczyznę takim, jakim stworzyła go matka natura. Ostatecznie ten dość dziwny mecz skończył się wynikiem 6:1, a więc Liverpool gra dalej i jeden krok (lub dwa w przypadku remisu w ćwierćfinale) dzieli go od ponownego wyjazdu w tym sezonie na nowe Wembely, gdzie wcześniej w ogóle nie miał okazji zajrzeć.
Rozlosowano też pary ćwierćfinałowe. Znamy jednak jak na razie tylko połowę z nich. Everton podejmie Sunderland, a Liverpool – Stoke City. Będą potrzebne też dwie powtórki, 6 marca Birmigham jeszcze raz zagra z Chelsea, a dzień później czeka nas również ponowne starcie Stevenage z Tottenhamem. Zwycięzcy pierwszej rywalizacji zmierzą się w 1/4 finału z Leicesterem, a lepszy z drugiej pary na drodze do półfinału będzie musiał ograć Bolton. Na ćwierćfinały trzeba poczekać do weekendu 17 i 18 marca.