Na mecz inauguracyjny ekstraklasy czekaliśmy tak długo, że nawet bardziej marudni kibice stęsknili się za swojskimi rozgrywkami. Start w Bydgoszczy rozczarował tak bardzo, że decyzja o rozegraniu tego spotkania na początek było decyzją graniczącą z głupotą. A przynajmniej tak myśleliśmy do momentu, aż nie rozpoczął się mecz w Gdańsku.
Falstart w Bydgoszczy mógł być tylko wypadkiem przy pracy. Ot, jedno z tych spotkań, gdzie starły się drużyny gorsze i na fajerwerki nie było co liczyć. Jednakże zespoły Lechii i Wisły utwierdziły nas w przekonaniu, że poziom rozgrywek nie tylko pogarsza, ale też nie ma większych perspektyw na poprawę. Starcia Pawła Brożka z Jakubem Wawrzyniakiem miały być ozdobą, czymś zachęcającym do obejrzenia tego spotkania. Tu kolejny przykry wniosek, że aby zasłużyć na miano osoby znanej – wiele w naszej lidze nie trzeba. Zacznijmy jednak od początku.
Naszpikowane gwiazdami wyjściowe składy miały zrobić mecz, na którego boisku lecieć będą iskry. Leciało tyle że co innego, a konkretnie piach. Nie tylko w przenośni, ale też dosłownie, bo murawa zostawiła po sobie wiele do życzenia. Krytykujemy piłkarzy, ale gra na pewno łatwa nie jest na takiej nawierzchni. A koszt kupna kolejnego „dywanu”, to jak dobrze wiemy równowartość zawodnika na poziome Dudy.
https://twitter.com/M_Kujawinski/status/566326315998257154
W tym spotkaniu ładnie na murawie wyglądały tylko tancerki, które przed spotkaniem i w przerwie zaprezentowały umiejętności, jakich na boisku nie widzieliśmy. Żeby jednak nie powstał w waszych głowach tak tragiczny obraz, to mecz jak to mecz – miał swoje pozytywy. Po półgodzinie gry kibice wreszcie mogli złapać się za głowy po pierwszej groźnej akcji piłkarzy Lechii! Tak, jesteśmy cyniczni, ale samo spotkanie nas do tego prowokuje. Kilku zawodników mających dzisiaj okazję zaprezentować swoje umiejętności minęło się z powołaniem. Czy w ekstraklasie nie ma drużyny, która potrafi wykorzystać sytuacje, które niewykorzystane są wstydem dla uprawiającego ten zawód? Jak poprawić poziom meczów, jeśli taka Lechia nie potrafi strzelić bramki z idealnego kontrataku. Pal licho, że obronił bramkarz! Ale tu po prostu nawet piłka nie została podana celnie.
Druga odsłona, to zawsze nadzieja. Już się przyzwyczailiśmy i tego przyzwyczajenia nie zmienimy. Ta myśl – oby druga połowa była lepsza. Tak pokrótce było, ale to zasługa bramek, które jak nic innego potrafią zmotywować piłkarzy. Gola zdobył Piotr Grzelczak, który na starość będzie miał co pokazywać wnukom. Umiejętności mierne, ale jakie zdobywa gole! Nieważne, czy do Gdańska przyjdzie masa gwiazd i nazwisk – on będzie zawsze. Interpretacja dowolna.
http://i58.tinypic.com/120hstz.png
Umiejętności zawodnikom można odmówić – owszem. Ale woli walki na pewno nie. Starć było wiele. Mimo że z nazwy było to spotkanie przyjaźni, to kości trzeszczały. Starcie Głowackiego z Milą było niewątpliwie ozdobą tego meczu. Nerwy puszczały zawodnikom wiele razy, ale to dobrze. Brak tzw. skillów trzeba nadrabiać zaangażowaniem i za to można piłkarzy pochwalić.











