Górnik Zabrze już dawno w tak świetnym stylu nie rozpoczynał sezonu w ekstraklasie. Liczbami „Trójkolorowi” powoli zaczynają przywoływać na myśl ostatnią mistrzowską drużynę z Zabrza. Wisła na Górny Śląsk przyjechała pod ogromną presją – trener Skowronek był już prawie bezrobotny, a porażka z Górnikiem mogłaby tylko przypieczętować zwolnienie trenera. Poza tym, zabrzanie byli oczywistym faworytem. Bo jak tu nie bać się drużyny, która wygrała cztery mecze pod rząd na inaugurację?
„Biała Gwiazda” przyjechała więc do Zabrza z zadaniem niemalże niemożliwym do wykonania. Pokonanie Górnika, grające bardzo dobry futbol, na fali. I to wszystko na stadionie, gdzie około 12 tysięcy kibiców zagrzewało Górników do walki. Warunki iście ekstremalne. A sami krakowianie nie wygrali przecież jeszcze żadnego spotkania w nowym sezonie…
Kibice dopisali
Jak zwykle zawodnicy Górnika od początku narzucili rywalom wysokie tempo gry. Wydawało się jednak, że przyjezdni są na to przygotowani – dostosowali się pod narzucone tempo, czego zabrzanie chyba nie do końca się spodziewali. Mimo wszystko to właśnie gospodarze stanęli przed świetną szansą na zdobycie bramki, ale obrońcy Wisły niemalże z linii bramkowej wybijali futbolówkę.
Choć wspomniane we wstępie okoliczności nie pomagały Wiśle, krakowianie wcale nie wyszli na ten mecz przestraszeni. Wręcz przeciwnie – po pierwszym kwadransie wydawać się mogło, że to właśnie oni dominują na boisku. Górnik znów prezentował się przeciętnie w środku pola, nie pomagał także padający od pierwszej minuty deszcz. Podopieczni trenera Brosza – co warto podkreślić, po raz kolejny – biegali za piłką, a nie z nią.
Pomimo tego wcale nie robiło się groźniej pod bramką gospodarzy. Podobnie jak Legia przed tygodniem (chociaż warszawiacy byli także nieskuteczni), Wisła nie potrafiła stworzyć sobie żadnej poważniejszej okazji. Na trybunach w ruch poszły race, fanatycy narobili „dymów”, a kilka chwil później zabrzanie mieli fantastyczną okazję do zdobycia bramki. Jeden z zawodników (który? Cóż, dym skutecznie przeszkodził w rozpoznaniu gracz) chybił z bliskiej odległości. Mija kilkadziesiąt sekund i wślizgiem swój zespół ratować musi Mehmerić.
Mocne skrzydła Wisły
Jean Carlos wyszedł w Zabrzu na pozycji numer „9”, jeśli chodzi o zespół Wisły Kraków. 24-latek grał bardzo wysoko, między obrońcami zabrzańskiego zespołu, czekając na prostopadłą piłkę. Raz doszedł nawet do sytuacji jeden na jeden z Martinem Chudym, ale znalazł się na pozycji spalonej. Po zaledwie 20 minutach gry mieliśmy już aż 3 spalone po stronie krakowskiego zespołu. Na pozycji spalonej dawał się także łapać Yeboah.











