„Przyjdzie czy nie przyjdzie?” – zastanawiał się dziennikarz. Wskazówki zegara z minuty na minutę obracały się coraz wolniej, a przedstawiciele mediów zaczynali się niecierpliwić. „To trochę nie w jego stylu” – ktoś ćwierknął na Twitterze.
Roberto Di Matteo zazwyczaj nie dawał na siebie czekać, ale we wtorkową noc długo nie wynurzał się z tunelu pod trybunami stadionu Juventusu, mimo że dystans między szatnią gości a salą prasową jest krótki. Na The Hawthorns można było chociaż podsłuchać krzyków dochodzących z szatni gości po sobotniej porażce z WBA…

Włoch się wreszcie pojawił i ćwierknięcia ucichły. Prawdopodobnie już znał swój los. Kiedy dziennikarze czekali na jego pomeczową konferencję, pewnie zdążył porozmawiać nie tylko z piłkarzami, ale i szefostwem klubu. – To moja wina… Wynik i porażkę biorę na siebie – zaczął, choć na jego twarzy rysował się coraz wyraźniejszy smutek. On już wiedział, że szykuje grunt dla następcy, przerzucając winę za słabą grę i jeszcze gorsze wyniki w ostatnich tygodniach z zawodników na barki menedżera. Menedżera, którego tak naprawdę już w klubie nie ma.
Ale znalazł też powód do uśmiechu. – Czy byłoby sprawiedliwe, gdyby klub zrezygnował z twoich usług? – dyplomatycznie zapytał jeden z brytyjskich dziennikarzy. Di Matteo zaśmiał się, świadom ironii tego pytania. Biuro prasowe Chelsea przygotowywało już oświadczenie, które punkt dziewiąta rano pojawiło się w internecie następnego poranka. Roman Abramowicz nie zwalnia. „Strony się rozstały”.
Nie urońcie zbyt wielu łez nad włoskim szkoleniowcem. On wiedział, że podpisując w lecie dwuletni kontrakt, na mocy którego został menedżerem klubu, zapewnił sobie przede wszystkim sowite odszkodowanie. Di Matteo nigdy nie był ulubieńcem rosyjskiego właściciela. Na Stamford Bridge wrócił tylko z powodu rekomendacji Villasa-Boasa, który chciał go w roli asystenta. Nawet zwycięstwa w finałach Pucharu Anglii oraz Ligi Mistrzów niewiele w oczach Abramowicza zmieniły. Do obu tryumfów Chelsea poprowadziło przede wszystkim szczęście, swój wkład miał też Didier Drogba. Analizując na spokojnie końcówkę sezonu 2011/2012, dochodzimy do wniosku, że kunsztu trenerskiego było niewiele.
Tylko dramatyczne zwycięstwo nad Szachtarem przysłaniało bardzo słabą formę klubu w ostatnich tygodniach. Di Matteo, mający do dyspozycji najbardziej uzdolnione grono piłkarzy w 107-letniej historii klubu, nie potrafił przekuć ich talentu piłkarskiego w wyniki, a tym bardziej styl.












