W większości lig wszystko jest już rozstrzygnięte. Inaczej jest w Bundeslidze, gdzie oczywista jest obsada jedynie pierwszego i drugiego miejsca.
Brunszwik wyleci w sobotę?
Beniaminek, na każdym poziomie ligowym, nigdy nie ma łatwo. Szydera i skazanie na walkę o utrzymanie jest codziennością. W zeszłym roku rola „czerwonej latarnii” przypadła Greuther Furth. W tym roku padło na Eintracht Brunszwik. Co łączy te drużyny? W końcówce sezonu potrafiły pokazać pazur. „Koniczynki” od połowy sezonu skazane były jednak na porażkę. Z ekipą Torstena Lieberknechta jest inaczej!

Założona w 1895 roku drużyna do strefy barażowej ma tylko dwa punkty straty i teoretycznie najłatwiejszy terminarz z całego trio walczącego wciąż o utrzymanie. Za sobą mają również wielu kibiców, w tym również tzw. „sezonowców”. Ci jednak doceniają ich nie za sukcesy, a za niesamowitą wolę walki. Kciuki trzymają za nich fani innych drużyn, a także dziennikarze. W najbliższej kolejce drużyna z Brunszwiku zmierzy się z Augsburgiem, który wciąż walczy o prawo gry w Lidze Europy. Droga do pozostania w Bundeslidze jest jednak bardzo kręta. Przy zdobyciu sześciu punktów w dwie najbliższe soboty, HSV musi zgubić ich co najmniej trzy (dla Bayernu to niemal żadne wyzwanie), a Norymberga pomogłaby, tracąc dwa punkty. Pamiętajmy jednak, że nawet w przypadku spadku warto śledzić losy tej drużyny. Wszak może za rok, podobnie jak Greuther Furth, będzie walczyło o powrót na niemieckie salony?
Od 1963 do 2014?
Historia Hamburgera SV jest długa i piękna. Zespół, nad którym pieczę objął niedawno Mirko Slomka, nigdy jeszcze nie zasmakował gry na niższym poziomie ligowym niż Bundesliga. HSV jako jedyne jeszcze nigdy nie spadło z najwyższej klasy rozgrywkowej, jednak w 51. sezonie zasługuje na to jak nigdy dotąd.
Czterokrotni mistrzowie Niemiec nie zachwycają. Z ostatnich siedmiu spotkań wygrali tylko jedno – z Bayerem Leverkusen, który przed odejściem Samiego Hyypii radził sobie fatalnie. Ciężko więc chwalić nieefektownie i nieefektywnie grający zespół za zwycięstwo nad znajdującymi się wówczas w jeszcze głębszym dołku „Aptekarzami”. Jak nisko stoczyło się HSV? Nie tak dawno jedna z legend holenderskiej piłki powiedziała, że będący kiedyś liderem zespołu Rafael van der Vaart nie radzi sobie na Imtech Arena dlatego, że musi… dużo biegać. Rzeczywiście okropne. Całe szczęście, że nikt nie każe mu strzelać. W sumie to całkiem dobrze, że w ogóle nikt mu nie każe wchodzić na boisko, bo wtedy to by dopiero wybuchł skandal. Paranoja…
W tej chwili Mirko Slomka, dzięki fatalnej grze Norymbergi i nie najlepszym terminarzowi Eintrachtu Brunszwik, wciąż utrzymuje swoich podopiecznych tuż nad taflą wody. Niewykluczone jednak, że już niedługo (tj. po meczach z Bayernem i Wolfsburgiem) ktoś z wyżej wymienionego duetu chwyci „Rothosen” za kostkę i pociągnie na dno do drugoligowych czeluści. Wtedy też liga nie będzie już taka sama, a czar „Bundesliga-Dino”, jak dinozaury w prehistorii, zwyczajnie wyginie.











