Najwięksi przegrani fazy grupowej mistrzostw świata


Mecze w grupach zakończone, więc pora na pierwsze wnioski. Czas poświęcić trochę miejsca tym, którzy szczególnie zawiedli na tym etapie. Oto najwięksi przegrani fazy grupowej mistrzostw świata 2022!

3 grudnia 2022 Najwięksi przegrani fazy grupowej mistrzostw świata
Fotoarena/SIPA USA/PressFocus

Faza grupowa dobiegła końca, a wraz z nią przyszedł czas na najważniejsze rozstrzygnięcia. Część drużyn cieszy się z awansu i już przygotowuje się do meczów 1/8 finału. Nie wszyscy mają jednak taki komfort. Niektórzy swój udział na mistrzostwach świata już zakończyli. Oto lista tych, którzy zawiedli szczególnie. Nie dość, że odpadli, to nie zaprezentowali tyle, ile powinni, i zwyczajnie rozczarowali.


Udostępnij na Udostępnij na

W 1/8 finału nie zagrają: Ekwador, Katar, Iran, Walia, Arabia Saudyjska, Meksyk, Dania, Tunezja, Kostaryka, Niemcy, Belgia, Kanada, Kamerun, Serbia, Ghana i Urugwaj. Wszystkie te drużyny odpadły po początkowym etapie turnieju. Kto jednak sprawił największy zawód? Spośród tych reprezentacji wybraliśmy te, które rozczarowały swoją dyspozycją szczególnie mocno.

Najgorszy gospodarz w historii mistrzostw świata

Trudno nie zacząć zestawienia „przegrywów” od reprezentacji Kataru, która jako pierwsza odpadła z turnieju. Dokładnie po sześciu dniach od rozpoczęcia imprezy naznaczonych dwiema porażkami było wiadomo, że w meczach najlepszej szesnastki nie zagrają. Trafili do mocnej grupy – fakt. Nikt pewnie po jej wylosowaniu nie stawiał, że gospodarze awansują. Każdy oczekiwał jednak od Katarczyków walki, czego za grosz nie pokazali. I to w żadnym meczu. Przebłyskiem było może dziesięć minut z Senegalem. W pozostałym czasie gospodarze byli za to gnieceni i zasłużenie odpadli. Wygrane z nimi nie stanowiły dla oponentów żadnego wyzwania. Śmiało można powiedzieć, że była to najgorsza drużyna mundialu. Szczególnie patrząc na oczekiwania. Katar był przedstawiany jako długoletni projekt, który na mistrzostwach u siebie miał zbierać plony. Jedyne, co zebrali, to szyderę, śmiech i solidne lanie od rywali.

Trzy mecze, zero punktów, siedem bramek straconych i zaledwie jedna zdobyta. To statystyki, które idealnie odzwierciedlają ich grę. Byli słabi i odpadli – proste. Nie pokazali się w żadnym stopniu pozytywnie, więc na kolejny udział na mistrzostwach świata będą musieli zapewne jeszcze długo poczekać. Katarska piłka bez wątpienia idzie w dobrą stronę. Nie sięga za to jeszcze poziomu, którego pewnie wszyscy oczekiwali. Tylko oni i Kanadyjczycy skończyli rywalizację grupową bez punktów. Różnica jest taka, że ekipa z grupy F pokazała poziom i potrafiła powalczyć z lepszymi. U Kataru coś takiego nie miało rzecz jasna miejsca. Fakty są takie, że tak słabego gospodarza mistrzostw świata nie było. Są jedyną drużyną w historii, która organizując turniej u siebie, przegrała wszystkie trzy mecze. I po części dobrze się stało. Pieniądze to nie wszystko.

Beznadziejny powrót po 64 latach

Walia to kadra bez wielkiej historii. Dotychczasowe występy tej drużyny na wielkich turniejach można policzyć na palcach jednej ręki. Dwukrotnie na mistrzostwach Europy (2016 i 2020) oraz na dwóch mundialach (1958 i 2022). Dlaczego więc uznajemy ich w takim razie za zawód? Był to ostatni ważny turniej liderów, którzy ciągnęli tę kadrę w poprzednich latach. Chodzi tu rzecz jasna głównie o Garetha Bale’a czy Aarona Ramseya. Był to ostatni dzwonek na to, aby w jakiś sposób zabłysnąć przed krajową publiką. Nic z tego. Walijczycy zawiedli i nie pokazywali tego, co zdarzało im się we wcześniej wspomnianych rozgrywkach. Okazali się zdecydowanie jedną z najgorszych reprezentacji turnieju. Ciągły defensywny (warto podkreślić, że nieskuteczny) styl nie zaowocował niczym pozytywnym. W ataku Walijczycy również prezentowali absolutne zero.

Teraz w reprezentacji Walii musi dojść do zmiany pokoleniowej. Trudno więc wyrokować, jaka będzie ich przyszłość. Mają niezłych i młodych chłopaków, grających na wysokim poziomie, ale brak im lidera w typie Bale’a z 2016 roku, kiedy Walia doszła do półfinału Euro. Zespół więc zawiódł, i to ostatni raz w tym składzie. Szkoda jedynie, że skończyło się to bez większej walki. USA pokazały, że da się powalczyć nawet z Anglią. Walijczycy chowali się za podwójną gardą w każdym meczu, więc blamaż nie dziwi.

Jeden dobry mecz to za mało – najwięksi przegrani polskiej grupy

Czas przejść do grupy C – nam najbliższej ze względu na Polskę. Wiele można było mówić o Argentynie, kiedy przegrała z Arabią Saudyjską w pierwszym meczu, czy o naszych rodakach, którzy przez całą fazę rozgrywek nie prezentowali się zbyt atrakcyjnie dla oka – to tak lekko mówiąc. Te dwie reprezentacje, jakby na to nie patrzeć, jednak wyszły, a mianem największego zawodu można określić Meksyk, który podobnie jak nasza drużyna narodowa nie pokazał zbyt dużo jakościowej piłki. I fakt – piłkarze z Ameryki zajęli trzecie miejsce w grupie oraz byli blisko awansu. Byli gorsi od Polski wyłącznie pod względem bilansu bramkowego. Nic nie mówi się jednak o ich jakże słabych występach, które spowodowały brak awansu. Fakty są bowiem takie, że zagrali słabe zawody z bardzo przeciętną Polską, zawodzili przeciwko Argentynie i w końcowych minutach zostali przez ją zmiażdżeni.

Meksyk kojarzy się z nieprzewidywalnością, szybkimi, pełnymi polotu skrzydłami, a także z Raulem Jimenezem, który już jednak od dawna nie jest w swojej optymalnej formie. Wydaje się, że jedynym Meksykaninem w bardzo dobrej dyspozycji na turnieju był Guillermo Ochoa. Bramkarz wykonał kilka ważnych interwencji (w tym wybronił rzut karny Roberta Lewandowskiego). Polska zawiodła pod względem stylu, ale przynajmniej w odróżnieniu od „Tricolore” awansowała. A więc największym „przegrywem” grupy C bez wątpienia był Meksyk. Arabii akurat tak nazwać nie wolno. Saudowie pokazali, że coś mogą znaczyć. Meksyk ze swoją grą i tak odpadłby w 1/8 finału. Pewnie niezależnie od tego, na kogo by trafił.

Niespodzianka Euro 2020 rozczarowaniem mundialu 2022

Największy czarny koń według kibiców jeszcze przed samymi mistrzostwami? Najczęściej tak typowana była Dania, co wcale nie dziwi. Przed samym mundialem drużyna była w świetnej dyspozycji, a na poprzednim wielkim turnieju pokazała, na co ją stać. I co? Remis z Tunezją, porażka z Francją, a wszystko podsumowane blamażem przeciwko Australii. Dramat. W przypadku Duńczyków każdy spodziewał się półfinału czy ćwierćfinału, a poza niezłymi zawodami ze wspomnianymi „Trójkolorowymi” pokazali, że są na dziś słabi na fazę pucharową. Nazwiska są, kadra nie zmieniła się znacznie od 2020 roku, a jednak Skandynawowie kompletnie nie sprostali oczekiwaniom.

Dania dała się do tej pory poznać jako drużyna dobrze ułożona, która mimo problemów jest w stanie sprzeciwić się najlepszym. Przed samym mundialem też nie było odnośnie do ewentualnej obniżki formy żadnych przesłanek. W Lidze Narodów Duńczycy zajęli drugie miejsce w grupie, wyprzedzając chociażby taką Francję, a mecze towarzyskie też zweryfikowały ich dość pozytywnie. Są tym większym zawodem, że przecież trafili na względnie łatwych przeciwników

Poza mistrzem świata z 2018 roku Duńczycy musieli zmierzyć się z Tunezją i Australią, które przecież potęgami nie są. Najgorsze, że zajęli ostatnie miejsce w pełni zasłużenie. Byli faktycznie najsłabsi. Po pierwszym zremisowanym meczu pojawiało się przesłanie, że była to tylko wpadka. Francja jest zbyt mocna, aby mecz z nią mógł weryfikować formę Duńczyków, ale prawdziwie duży zawód przyszedł w meczu o wszystko – z Australią. Skandynawowie przegrali 1:0, i to nie przez to, że przeciwnicy zagrali wybitny mecz. W pierwszej części spotkania gracze z Europy przeważali, natomiast z czasem siły zaczęły się wyrównywać. Aż do gola, który pogrzebał ich wszelkie nadzieje na grę w 1/8 finału. Duńczycy odpadli i pokazali absolutne nic.

Od mistrzostwa świata ciągła tendencja spadkowa

W kategorii rozczarowań grzechem byłoby nie umieścić reprezentacji Niemiec. To, co może niepokoić naszych sąsiadów, to już kolejny występ na wielkim turnieju zakończony na fazie grupowej. Cofnijmy się jednak o kilka lat wstecz. W roku 2014 Niemcy sięgnęły po mistrzostwo świata, gromiąc każdego na swojej drodze. Wyszli z grupy, pokonali Algierię w 1/8 finału, następnie Francję, a przed wielkim finałem zniszczyli Brazylię 7:1 w pamiętnym widowisku. W finale poskromili Argentynę 1:0. Od tamtego mistrzostwa coś wydawało się w tej drużynie narodowej powoli psuć. O ile Euro 2016 było względnie udane, bo Niemcy doszli do półfinału, o tyle dwa kolejne turnieje to już w ich wykonaniu kompletne blamaże. Rok 2018 wyglądał dla nich niemal tak samo jak tegoroczny mundial. W skrócie: trzy mecze i do domu. Na ostatnim Euro wyszli z grupy, ale od razu wypadli w 1/8 finału.

Tym razem Niemcy potrafili momentami zachwycić. Na pewno wyciągniemy z tych trzech meczów ciekawe dla naszych sąsiadów wnioski. Problem w tym, że oprócz przebłysków ciągnęły się za nimi również błędy i momenty posuchy. A wszystko to zaczęło się przecież w pierwszym meczu. Początkowe 35 minut z Japonią? TOP! Była wówczas zauważalna ogromna przewaga nad ich rywalami. Finalnie Niemcy przegrali za to nieprzypadkowo. W drugiej połowie zostali dość sromotnie pokiereszowani, na co swoją bierną postawą zasłużyli. Nie było w pełni idealnie również w starciu z Hiszpanią, które zakończyło się wynikiem 1:1. Tu trzeba przyznać, że Niemcy mieli trochę nieszczęścia. Cały mecz w defensywie grali dobrze, a w ataku jeszcze lepiej. Problem w tym, że nic nie potrafiło wpaść do sieci oponenta. Jeszcze bardziej nerwowo zrobiło się po niespodziewanym trafieniu Alvaro Moraty. Dobrze, że finalnie udało się chociaż wyrównać.

W ostatnim spotkaniu cel był prosty – wygrać. Udało się, ale tym razem zawiódł ich przede wszystkim wynik drugiego meczu. Japonia wygrała 2:1 z Hiszpanią, dzięki czemu rzutem na taśmę wskoczyła na pierwszą pozycję w grupie E, spychając przy tym na trzecią pozycję omawianych Niemców.

Początek końca wielkiej Belgii

Belgia… Niby jedni z najlepszych na świecie, niby medaliści ostatnich mistrzostw świata, niby drużyna, która odpadła na ostatnim Euro z późniejszym finalistą. Wreszcie ekipa znajdująca się w tej chwili na drugim miejscu w rankingu FIFA. I można by ich jeszcze długo określać w takim pozytywnym tonie. Ale nie w kontekście mistrzostw, które dla Belgii dobiegły już końca. Tak potężna drużyna odpadła w tak wczesnej fazie, więc innej opcji niż umieszczenie tej reprezentacji w tym zestawieniu nie ma. Można wręcz śmiało powiedzieć, że spośród wszystkich rozczarowań na tym turnieju i w tym zestawieniu Belgowie są zdecydowanie tym największym. W końcu wielu typowało ich na wysokim miejscu w fazie pucharowej. A wszystko spowodowane złotym pokoleniem, o którym mówi się już dłuższy czas. Ono już niestety za sprawą wieku największych gwiazd przemija, a pierwsze przesłanki ku temu pojawiły się właśnie w Katarze.

Belgowie byli bezproduktywni przez wszystkie trzy mecze. Kanada ich cisnęła, ale ostatecznie nie zdołała zdobyć choćby punktu. To udało się dla odmiany kolejnym dwóm rywalom. Maroko uwypukliło wszystkie niedociągnięcia graczy z Beneluksu, a mecz z Chorwacją był pokazem niedokładności i desperacji. Belgowie pokazali, że mają kim strzelać, ale ich przeciwnicy udowodnili, że mają za to kim bronić. Skutecznie powstrzymali „Czerwone Diabły”, i to Chorwacja oraz Maroko, a nie Belgia, zagrają dalej.

Ogółem dopiero drugi raz w historii reprezentacja ta odpadła właśnie na tym etapie. Kiedy Belgia się kwalifikowała, zwykle osiągała minimum – 1/8 finału. Podobnie jak Walia wspomniana na początku tego artykułu, tak i w Belgii dojdzie do masowych roszad. Odszedł już trener Roberto Martinez, a z nim pewnie z kadrą pożegna się kilku jego żołnierzy. Rewolucja może wyjdzie kadrze na dobre. Wydaje się jednak, że wielka Belgia już powoli się kończy. Kluczowi zawodnicy są coraz starsi i w kolejnych wielkich zawodach mogą już nie prezentować takiego wysokiego poziomu.

Złote pokolenie nie podołało

Serbia to kolejna drużyna na tej liście. Bo choć ich odpadnięcie ze względu na dość silną i wyrównaną grupę nie jest specjalnym zaskoczeniem, większość raczej stawiała ich w roli faworyta w walce o drugie miejsce. Tymczasem piłkarze z Bałkanów kończą ostatni w grupie G z dorobkiem zaledwie jednego punktu. To znak, że coś poszło nie tak… I w zasadzie przyczyny łatwo jest się doszukać w najprostszych możliwych statystykach – bramkach strzelonych i straconych. Tylko reprezentacja Kostaryki musiała wyciągać piłkę z siatki więcej razy niż Serbia. Z zastrzeżeniem, że większość goli na jej niekorzyść padła w feralnym meczu z Hiszpanią (7:0). To daje zatem świadectwo – Serbia nie potrafi bronić dostępu do własnej bramki.

Już pierwszy mecz w dużej mierze to uwypuklił. Brazylia w żadnym innym spotkaniu grupowym nie dostała aż takiej swobody. I pewnie od nikogo aż tyle już nie otrzyma. Skończyło się 2:0, ale tak naprawdę wynik mógłby być dużo wyższy. Dużo wyższe mogły być też oczekiwania kibiców w związku z drugim meczem z Kamerunem. Faktycznie Serbowie pokazywali się od początku z jak najlepszej strony. Wyrównanie na 1:1, potem 2:1 i szybkie 3:1. To wszystko w łącznie 53 minuty. Czym byłaby jednak reprezentacja Serbii bez większej straty bramkowej? Futbolówkę skierowali jeszcze do siatki Vincent Aboubakar i Eric Chupo-Moting. Kameruńczycy ostatecznie doprowadzili do remisu, którym zakończył się mecz.

Mecz o wszystko ze Szwajcarią to kolejne spotkanie z licznymi zwrotami akcji. Serbowie przegrywali, wyrównali, wygrywali, jednak ostatecznie polegli w boju i jadą do domu. Na mistrzostwach będą zapamiętani jako drużyna grająca pełną polotu i ofensywną piłkę. Ich mecze były ciekawe, ale oni za to nie prezentowali wystarczającego poziomu całościowego, aby walczyć dalej. Szwajcaria jest lepiej zbilansowana, i stąd ich awans.

Niedoszły czarny koń odpada w słabym stylu

Przed samym turniejem wielu mówiło, że Urugwaj będzie Danią 2.0. Czy to się udało? Właściwie to tak, ale na pewno nie w taki sposób, w jaki zakładali piłkarze z Ameryki Południowej. Urugwajczycy kończą mistrzostwa świata już na samym starcie. Czy były podstawy, aby nazywać ekipę Suareza czarnym koniem mundialu? Może to z dzisiejszej perspektywy zabrzmi głupio, ale tak. Na papierze jest to reprezentacja bardzo mocna jakościowo. Wydawało się, że mieszanka młodej krwi z prawdziwie rozwiniętymi piłkarzami da dobrą energię, która może przyczynić się do awansu. Rzeczywistość była inna, ale gdy w ciągu dwóch pierwszych meczów uderzasz celnie na bramkę rywala zaledwie trzy razy, wcale nie masz czemu się dziwić.

To odpadnięcie ma też wymiar symboliczny. To były z pewnością ostatnie mistrzostwa świata 35- i 36-letnich piłkarzy. Z powoływanych można już pożegnać kilka wielkich dla Urugwaju postaci. Chodzi o Diego Godina, Luisa Suareza, Edinsona Cavaniego, Fernanda Muslerę i Martina Caceresa. Cała ta piątka znajduje się w ścisłym topie rankingu największej liczby występów w reprezentacji. Śmiało więc można, a nawet trzeba, nazywać ich legendami tej drużyny narodowej. To był ich last dance. Teraz Urugwajczycy będą zmuszeni jakoś te postacie w niedalekiej przyszłości zastąpić – warto podkreślić, że godnie.

Komentarze
Ja (gość) - 2 miesiące temu

Co za bełkot !! To polskie drewniaki prześliznęli się kosztem świetnej drużyny Meksyku. O jakie słabej formie człowieku piszesz !!?? Dno i muł to ten artykuł

Odpowiedz
Kamil Seliga - 2 miesiące temu

Meksyk zagrał tylko jeden dobry mecz (z Arabią Saudyjską) i w konsekwencji nie awansował. Z nami Meksykanie byli bezproduktywni, a przeciwko Argentynie grali nieźle jedynie do czasu. Faktycznie stylem byli lepsi od Polski, natomiast tekst jest o największych przegranych mundialu, a nie o drużynach, które grały najgorzej. Choć to często się ze sobą pokrywa, nie wolno mylić tych dwóch pojęć. Nagonka na naszą reprezentację jest często słuszna, ale "przegrywami" nie możemy naszych kadrowiczów nazwać. W końcu awansowali do 1/8. Pozdrawiam :)

Odpowiedz
ben yes (gość) - 2 miesiące temu

Nie przejmuj się hejterami, kolejny przyjemny, dobrze napisany artykuł.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze