Hiszpanie nudzą, Hiszpanie już nie czarują, jednak Hiszpanie pozostali Hiszpanami. Są w finale i zmierzą się w nim z Włochami, którzy co prawda może czarować również nie czarują, ale na pewno swoją grą nie nudzą. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że niedzielny finał Euro 2012 nie zawiedzie oczekiwań i będziemy świadkami porywającego spotkania.
Jako że hiszpański futbol ubóstwiam, na poprzednich wielkich turniejach kibicowałem „La Furia Roja” całym sercem. Podobnie było w początkowej fazie tegorocznych mistrzostw Europy. Niestety, z każdym kolejnym meczem ulegało to zmianie i w końcu doszło do tego, że w półfinale ściskałem kciuki za Portugalczyków, którym awans się po prostu należał. Na niedzielny mecz przyodzieję jednak z powrotem hiszpańskie barwy, ale jednocześnie będę oczekiwał, że Włosi zaskoczą także Hiszpanię i przynajmniej obejmą prowadzenie – im szybciej, tym lepiej.

Drużyna Vicente del Bosque nie zmieni swojego stylu gry i dalej będzie wymieniała tysiące podań – podań, które niekoniecznie już wprawiają widza w zachwyt. Wymarzyłem sobie, żeby finał Euro 2012 był wielkim spektaklem, a do tego potrzebna będzie otwarta gra „Squadra Azzurra”. Niechaj podopieczni Cesare Prandellego w miarę szybko pokonają Ikera Casillasa. Później życzyłbym sobie, by golkiper Realu Madryt jeszcze raz udowodnił, że jest najlepszym fachowcem na świecie, jeśli chodzi o wpędzanie w senne koszmary napastników rywali.
10., 15., może 20. minuta? Wynik 1:0 dla Włochów oznaczałby, że Hiszpanie z każdą kolejną chwilą musieliby trochę korygować swoje plany i skupić się na atakowaniu bramki przeciwnika, odrzucając na bok bicie rekordów w liczbie podań. Broniąca tytułu mistrzowskiego drużyna ma ogromny potencjał ofensywny i bez wątpienia by to udowodniła (no chyba że del Bosque zdecyduje się zagrać szóstką środkowych pomocników…). Tak więc po straconym golu, zdobytym po świetnym uderzeniu sprzed pola karnego Andrei Pirlo, Hiszpania rusza do boju i rozkręca się na dobre po jakichś 30 minutach. Ostatni kwadrans pierwszej połowy to nękanie i wyklinanie Buffona, bo golkiper Juventusu zaczarował swoją bramkę. Mało tego, z przodu we włoskiej ekipie szaleje Balotelli, który raz po raz otrzymuje kolejne fenomenalne i majestatyczne wręcz podania od Pirlo. Zawodnik Manchesteru City ma jednak pecha, bo nie potrafi wykorzystać dostawanych piłek – podobnie jak Cassano. Obydwaj napastnicy Itallii raz za razem przegrywają pojedynki z Casillasem, który – zgodnie z wcześniejszym życzeniem – wyłapuje wszystko, co jest do wyłapania, a nawet to, czego pozornie wyłapać się nie da.
Ostatnie minuty pierwszej połowy to szturm na bramkę Buffona. „La Furia Roja” atakuje w końcu z furią, chcąc za wszelką cenę zejść do szatni z wynikiem remisowym. Przyszedł jednak czas na podręczenie Gerarda Pique, któremu nie podoba się to, że Iker z Madrytu wyrasta na wielkiego bohatera pierwszej połowy – pomimo niekorzystnego wyniku. W doliczonym czasie gry pierwszej odsłony defensor FC Barcelona przypomina sobie, jak tragicznie radził sobie w wielu momentach minionego sezonu na boiskach ligi hiszpańskiej, i tak niefortunnie zagrywa piłkę po jednym z dośrodkowań, że wpada ona do siatki obok zdezorientowanego Casillasa. Miał być remis, jest już 0:2. „Squadra Azzurra” w drugim meczu z rzędu z teoretycznie silniejszym rywalem schodzi do szatni, mając dwa gole przewagi.











