Tej zimy jesteśmy świadkami nowej mody, która zapanowała w klubach Ekstraklasy, a która jest dość mocno promowana przez media. Mowa oczywiście o zatrudnianiu zawodników, którzy w swoich CV mogą się pochwalić chociaż jedną solidną, europejską marką. Pytanie tylko do naszych włodarzy: po co?
Po to, ażeby zatuszować w sposób nie do końca zrozumiały swoje absolutnie niskie budżety transferowe i jednocześnie zatkać usta narzekającym kibicom. Kluby polskiej Ekstraklasy wydają mało, pewnie najmniej w Europie. Szukają graczy do ściągnięcia głównie za darmo, dlatego też chcą podnosić swój prestiż właśnie poprzez sprowadzanie takich pseudogwiazd z odzysku. No chyba, że trenerzy naszych klubów naprawdę myślą, iż jakikolwiek piłkarz z ciekawą przeszłością gwarantuje z miejsca bramki/punkty/tytuł/utrzymanie. Jeżeli tak, to wszyscy dość mocno się przeliczą.
Wszystko zaczęło się oczywiście od Wisły Kraków, która testowała naprawdę „niebagatelną” personę – uczestnika Pucharu Narodów Afryki 2006 (Ba! Strzelił tam nawet bramkę przeciwko… Zimbabwe) i byłego piłkarza francuskiego Auxerre – Isaa’e Ba. Zawodnik jest to niezwykle ciekawy, bowiem wzorem znanego z telewizji Ferdynanda Kiepskiego nie należy do zbyt pracowitych w swoim fachu. W ciągu ostatnich 30 miesięcy zagrał w… czterech spotkaniach. Muszę to powtórzyć, tak dla podkreślenia: Wisła Kraków, obecny mistrz Polski testuje i serio myśli o zatrudnieniu zawodnika, który w przeciągu ostatniego 2,5 roku (toż to połowa studiów!) zagrał tylko cztery razy i to nawet nie w pełnym wymiarze czasowym. Albo Skorża jest aż tak zdesperowany, albo na zimę postradał rozum, jeżeli myśli, że takim zawodnikiem będzie w stanie zastąpić Łukasza Gargułę. Chociaż to akurat zły przykład, patrząc ile w ostatnim czasie grał były zawodnik Bełchatowa. A na koniec aż boję się spytać o potencjalne zarobki tak wielkiej persony, która łaskawie będzie ubierać trykot z białą gwiazdą na piersi.
Chiński Diabeł
Jeszcze ciekawszy ruch planuje warszawska Legia, chcąc zatrudnić Fangzhou Donga. Chińczyk, jak doskonale wszystkim wiadomo, „reprezentował” barwy samego Manchesteru United, w którym zagrał nawet trzy razy. Z tego naśmiewać się chyba nie wolno, albowiem połowa naszych eksportowych kopaczy dałaby sobie obciąć pensję, rękę i drewnianą nogę za możliwość zagrania trzy razy w barwach „Czerwonych Diabłów”. Nie zamierzam także pisać, że skoro Ferguson zrezygnował z niego tak szybko, to znak, iż Chińczyk się do niczego nie nadaje. Dong był ściągnięty do deszczowego Manchesteru tylko w jednym celu – nakręcenia dobrej koniunktury podczas tournee drużyny po Azji, co zresztą udało się w 100%, Dlatego też nie powinno się go rozpamiętywać jako niespełnionej nadziei żującego gumę Szkota.
Dong całkiem młody, bo dopiero 25-letni, po tamtym okresie zaginął, a przez ostatnie trzy miesiące „trenował indywidualnie”, jak też hucznie nazywa się przebieżki po parku. Urban się w nim zakochał, ponieważ Fangzhou jako jedyny z Legii strzelił bramkę na ostatnim zgrupowaniu w Mijas. No ale lepszy Dong w garści niż nic na dachu, zważywszy przecież na zestawienie ataku Legii, który wywołuje prawdziwe lenistwo w szeregach defensywy przeciwników.










