Sensacyjne zwycięstwo 2:0 nad New England Revolution odnieśli w niedzielę piłkarze Red Bulls Nowy Jork. Całe spotkanie w meczu z liderem konferencji Wschodniej rozegrał polski obrońca Mateusz Miazga.

Konia z rzędem temu, kto potrafi przewidzieć w tym sezonie wynik meczu Red Bulls Nowy Jork. Po trzech porażkach z rzędu nikt nie spodziewał się, że w dwóch kolejnych meczach gracze Mike’a Petke wywiozą z Kansas City i Foxborough jakiekolwiek punkty. A jednak najpierw osłabieni brakiem „mundialowców” Tima Cahilla i Roya Millera nowojorczycy zremisowali z Mistrzem MLS 1:1, a w niedzielę spisali się jeszcze lepiej w potyczce z liderem MLS East.
Piłkarze z New England są rewelacją tegorocznych rozgrywek. Tylko w maju odnieśli cztery zwycięstwa (m.in. 5:0 z Seattle Sounders i 5:3 z Union w Filadelfii) i nawet ich ostatnia porażka z Impactem w Montrealu nie mąciła dobrych nastrojów przed meczem z Red Bulls. Na własnym boisku Revolution jeszcze nie przegrali i blisko 24 tys. fanów spodziewało się łatwej przeprawy z grającymi bez Thierry Henry’ego, Jamesona Olave (obaj nie grają na sztucznej trawie z uwagi na ryzyko kontuzji) i Daxa McCarty (kontuzja) nowojorczykami. W związku z plagą absencji szansę na występ od pierwszej minuty otrzymał Mateusz Miazga – urodzony w Clifton, NJ obrońca, który ma polski paszport i na koncie występy w polskiej i amerykańskiej młodzieżówce.
Gospodarze od pierwszych minut narzucili Red Bulls swój styl gry i pod bramką Luisa Roblesa co chwila dochodziło do ostrych spięć. Graczom Revolution brakowało jednak precyzji, a w kilku sytuacjach gości z opresji ratował świetnie dysponowany golkiper. W 17. minucie Red Bulls niespodziewanie objęli prowadzenie. Z rzutu wolnego piłkę w pole karne wrzucił Lloyd Sam. Błąd popełnił Bobby Shuttleworth, który wychodząc do dośrodkowania zderzył się ze swoim obrońcą i umożliwił Ericowi Alexandrowi umieszczenie piłki w opuszczonej bramce. Dla Sama była to już 6. asysta w sezonie, Alexander trafił do siatki po raz pierwszy.
New England rzuciło się do odrabiania strat, ale Robles dokonywał cudów w bramce. Zarówno w pierwszej, jak i drugiej połowie obronił w sumie aż 10 z 22 strzałów. Tylko jeden raz nie złapał piłki: po strzale 19-letniego Diego Fagundeza w 44. minucie, ale na szczęście dla nowojorczyków trafiła ona w słupek.
W drugiej części nic się nie zmieniło. Revolution seryjnie marnowało sytuacje podbramkowe (m.in. sam-na-sam Andrew Farella z Roblesem), ale gola – znów dzięki stałemu fragmentowi gry – strzelił Nowy Jork. W 76. minucie po centrze z rzutu wolnego Jonny’ego Steele obrońca próbował wybić piłkę przed pole karne, ale zagrał wprost pod nogi Peguy Luyinduli, który bez namysłu uderzył z pół-woleja w długi róg bramki.











